Nowy numer 50/2018 Archiwum

Marzę o swojej trumnie

Dzień życia konsekrowanego. To niełatwe powiedzieć Bogu: „Dobrze, pójdę”. Bo drogi nie znamy. Ale kiedy człowiek zdecyduje się na wypowiedzenie słowa „tak”, staje się wewnętrznie szczęśliwy. I rozpoczyna prawdziwe życie.

Często klasztor jawi nam się jako miejsce zagadkowe, pełne tajemnic. Zwłaszcza jeśli myślimy o zakonach klauzurowych. W Szczytnie znajduje się klasztor mniszek klarysek kapucynek. Kościół. Dom zakonny. W nim życie. Ale jakie życie?

W poszukiwaniu sensacji

– Chce pan sensacji? To niech pan napisze, że śpimy w trumnach – mówi, śmiejąc się, s. Agnieszka od Jezusa Miłosiernego. Początkowo przyjmuję tę informację jako żart. Jednak po chwili orientuję się, że to prawda. – „Już nie wspominajcie o tych trumnach, zlikwidujcie”, powiedział nam jeden z kapłanów. Przyjechał drugi i mówi: „Zachowajcie to jak najdłużej”. Bo tu nie chodzi o sam fakt, gdzie my śpimy, ale czemu ma to służyć. Jakie jest tego źródło, do jakich refleksji ma to nas skłonić – mówi s. Gabriela od Matki Pięknej Miłości. Wyjaśnia, że trumna uzmysławia im, że mają umrzeć dla świata, to symbol przemijania i umartwienia. – Dla mnie jest to ważny symbol. Codziennie modlimy się o noc spokojną i śmierć szczęśliwą. Rano każda jutrznia jest celebracją zmartwychwstania. To jest symbol, że ja umieram z Jezusem Chrystusem i mam szansę na zmartwychwstanie. Doświadczam tego codziennie – wyznaje s. Zuzanna. – Ludzi może szokować taka informacja. Ale proszę mi wierzyć, wygodnie się śpi. Kiedy jestem zmęczona i myślę: „Kiedy w końcu położę się spać”, to marzę o swojej trumnie jak inni o wygodnym łóżku – śmieje się. – Kiedyś zapytał mnie jeden z duchownych, wykładowca w seminarium: „Siostra taka pobożna, to proszę powiedzieć mi, ale tak szczerze, bo słyszałem, że są jeszcze takie wariatki, co w trumnach śpią”. „Jedna z nich to ja”, odpowiedziałam. „Niemożliwe! I siostra się uśmiecha jeszcze”, odpowiedział – wspomina s. Elżbieta od Świętej Rodziny. Bo przecież tak naprawdę kiedy człowiek jest zmęczony, to kładzie się spać. Różnica polega jedynie na świadomości duchowej, na wzbudzaniu myśli, kierowaniu ich ku Bogu, na świadomości, że otoczeni jesteśmy marnościami nad marnościami, a najważniejsza jest miłość wypływająca od Boga. – Każdy symbol można różnie zinterpretować. My interpretujemy go kluczem Bożym – podkreśla s. Gabriela.

Nie uciekaj, przyjdź!

– Mój tata zawsze mówił, że jestem tu z winy kapucyna, który mnie ochrzcił. Kiedy przychodziłam na spotkania wspólnoty młodzieży franciszkańskiej, ci bracia opowiadali o siostrach, które śpią w trumnach. Postanowiłam to sprawdzić. Napisałam list. Siostry mi odpisały. Później spotkałam się z s. Krystyną – wspomina s. Zuzanna od Dobrego Pasterza. Pomyślała, że może wstąpi do klasztoru. Ale po maturze poszła na studia. – Co sesja przychodziła, to myślałam, że już teraz wstąpię do zakonu. Mój spowiednik tłumaczył, że może powinnam na początku zdać egzaminy i zaliczyć sesję, a dopiero później będziemy rozeznawać moje powołanie. Tak minęły studia i zaczęłam odciągać podjęcie decyzji. W listopadzie byłam na dniach skupienia. Tam usłyszałam: „Nie uciekaj, przyjdź”. I jestem – mówi s. Zuzanna. Jej decyzja była trudna dla rodziny. – Jednak Pan Bóg ma swoje sposoby, by dotrzeć do serc. Kiedy dwa lata po moim wstąpieniu do zakonu tata leżał w szpitalu, lekarze powiedzieli mu, że operacja przebiegła tak pomyślnie, jakby miał niezłe znajomości w niebie. To było dla mojego taty takie dotknięcie – wyznaje. – Kiedy s. Zuzanna studiowała na KUL-u, napisała do mnie, że jednak decyduje się wstąpić do naszego zgromadzenia. Przeczytałam ten list i odpisałam jej: „Aniu, jesteś na tak poważnej uczelni, a tak niepoważnie chcesz postąpić” – wspomina s. Krystyna od Serca Pana Jezusa i Królowej Pokoju. – Bo każde „tak” ma swój czas i miejsce – dodaje.

Przyjęte oświadczyny

– Nie chciałam być zakonnicą. Moim marzeniem był rodzinny dom. Do kościoła nie chodziłam zbyt często. Kiedy byłam starsza, odczułam pragnienie bliskości z kimś, więc zaczęłam poszukiwać tego swojego jedynego. Jeden chłopak, drugi, trzeci… I ciągle pustka. To jeszcze nie ten, myślałam, cierpliwości, on gdzieś jest, ten mój, jedyny. Kolejne zauroczenie, więc idę do kolegi i pytam go, kiedy w końcu zapozna mnie z Darkiem. A on mówi, że ma kogoś innego dla mnie. Wyciąga w moim kierunku rękę, coś trzyma w dłoni. Wręcza mi obrazek Jezusa Miłosiernego. Mówi: „Weź to sobie. Odmów koronkę. Kiedy odmówisz, Jezus cię poprowadzi”. A ja myślę, że co on tu chce, jakieś obrazki mi daje. Spojrzałam na niego i… nie wiem, do dziś nie rozumiem tego, ale ujrzałam w nim Jezusa. Ale nie było to żadne objawienie, a duchowa obecność i słowa: „Wybierz mnie”. Jezus mi się po prostu oświadczył. Postanowiłam bliżej poznać Jezusa. I wybrałam Go – mówi s. Agnieszka. Wstąpiła do zgromadzenia mniszek. – Nadal nie jestem sympatykiem życia zakonnego – śmieje się s. Agnieszka. – Ale to Jezus mi pokazał, że jeśli chcę być z Nim, to tu jest moje miejsce. Nie muszę mieć żadnych objawień, nie muszę być mistyczką, aby go spotkać. Mogę być zwykłym człowiekiem, zwykłą dziewczyną, mogę być sobą – mówi s. Agnieszka. – Przyszłam tu nie po to, żeby być zakonnicą, ale po to, żeby być blisko Jezusa, mojego Oblubieńca. Jak widać, ludzie z miłości różne rzeczy robią – dodaje.

Ostatnie ciastko

Siostra Krystyna jest już w zakonie 41 lat. Doskonale pamięta dni, które kierowały ją ku klasztorowi. – Lubiłam się bawić, tańczyć. Kochałam świat. Ale on nie dawał mi prawdziwej wewnętrznej radości. Pamiętam moje 18. urodziny. Wrzesień. Ja już pełnoletnia. Tak się tym zachłysnęłam, że do świąt Bożego Narodzenia nie przystąpiłam do sakramentu spowiedzi. A tu święta. Wieczorem mój starszy brat klęka. Był u spowiedzi. I ten obraz mnie poruszył – wspomina. Zaraz po świętach postanowiła pojechać do Ostrowa, do klasztoru, w którym była jej matka chrzestna. – Nieco ukradkiem chodziłam do kaplicy, tak żeby siostry nie widziały. Jeszcze nie rozumiałam, co się w moim sercu dzieje. Pamiętam s. Joannę, ona przychodziła do kaplicy, godzinami siedziała na schodku. Jak ona tak może? I podziwiałam to piękno, niezrozumiałą wówczas dla mnie głębię. Miałam na sylwestra wrócić do domu. Nawet umówiłam się ze znajomymi. „Trzymajcie dla mnie lampkę szampana. Przed północą będę”, zapewniałam ich. Jednak nie pojechałam. Nowy Rok. Godzina 24.00, a wokół mnie cisza. Wtedy uświadomiłam sobie, czym jest życie. Że są najlepsi i najgorsi, najsilniejsi i najsłabsi, jest niebo i piekło. A co jest dla mnie najważniejsze? – opowiada. Właśnie wtedy postanowiła, że przez trzy miesiące, codziennie, będzie przyjmować Komunię świętą. Z takim postanowieniem wracała do domu. Ubrała się, s. Joanna odprowadziła ją. – Pożegnałam się z siostrą. Wsiadłam do pociągu. Zanim pociąg ruszył, wyskoczyłam z niego. Chciałam być z siostrami na wieczornym Różańcu. Wróciłam do domu późniejszym pociągiem – wspomina.

W jednym przedziale jechało z nią małżeństwo z dziećmi i siostra zakonna. Patrząc na nich, zadawała sobie pytanie: „Jaka jest moja droga?”. Przez kolejne dni ciągle słyszała: „Wracaj, wracaj, wracaj…”. Napisała telegram: „Pragnę do was wrócić”. Dostała urlop na 7 dni. Pojechała. Jadąc, wiedziała, że tam zostanie. – Bardzo lubię napoleonki. A że byłam przekonana, że w klasztorze jest zakaz jedzenia ciastek, zastanawiałam się, czy wejść do cukierni. Chciałam zjeść ostatnie w życiu ciastko – śmieje się s. Krystyna.

Czy pani podtrzymuje?

– Dopiero na przestrzeni lat uświadamiam sobie prowadzenie mnie przez Boga. Jego dotyk, Jego podpowiedź i moją walkę – mówi s. Krystyna. – Powołanie to dar. To nie ja wybrałam klasztor – mówi s. Agnieszka. – Możemy każdego dnia zaczynać na nowo życie. Bóg daje nam siebie, swoje słowo, sakramenty. I pomimo naszych słabości możemy iść, budować z Nim nasze życie konsekrowane. My tu nie robimy nadzwyczajnych rzeczy. Sprzątamy, gotujemy, haftujemy, szyjemy, pierzemy. Dzisiaj po południu będziemy wrzucać do kotłowni węgiel. Obowiązki codzienne jak w domu. Ale Bóg przecież każdego prowadzi poprzez codzienność, szare dni, problemy i radości – mówi s. Weronika od Jezusa Sługi. – Rzuciłam po drugim roku studia. Pamiętam jeden z ostatnich egzaminów z psychologii małżeństwa i rodziny. Oblałam go. Powiedziałam profesorce, że już nie przyjdę na poprawkę, bo w lipcu wstępuję do klasztoru. „Proszę pani, proszę wyjść na korytarz, wypić szklankę zimnej wody i za godzinę przyjść na poprawkę”, powiedziała mi wtedy. Nie wypiłam wody, ale po godzinie wróciłam. Podeszłam do egzaminu. Zdałam. „Czy pani podtrzymuje swoją decyzję?”, zapytała. „Tak”, odpowiedziałam. Bo przecież Bóg mnie wzywa – wspomina s. Weronika. Więcej na: www.kapucynki.szczytno.pl.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy