Nowy numer 44/2020 Archiwum

Alumn, który biegł do seminarium

– Gdy przyszedłem na furtę, ówczesny rektor ks. Władysław Nowak spojrzał na mnie. A ja... cały mokry – wspomina kl. Łukasz.

Nie bójcie się przyszłości! – apeluje do młodych ks. Paweł Rabczyński, rektor Wyższego Seminarium Duchownego „Hosianum” w Olsztynie. – Patrzcie na nią z chrześcijańską nadzieją. Ona uwydatni wasze zdolności, mocne strony, pozwoli odkryć talenty, którymi obdarzył was Stwórca.

Jesteście wszyscy powołani do wielkich i pięknych rzeczy! Swój dzień rozpoczyna od modlitwy, często w intencji rozpoznania powołania przez maturzystów. – By każdy usłyszał głos Chrystusa, by nikt nie błądził latami i nie zagłuszał w głębi serca delikatnego tchnienia: „Pójdź za Mną” – mówi.

Widzę, jak mnie prowadził

Klerycy już dawno rozpoczęli swój dzień. Poranna modlitwa, śniadanie i obowiązki związane z nauką i formacją duchową. Oni również kilka lat temu zmagali się ze sobą, zadawali trudne pytania. – Na początku mojej drogi wiele się zastanawiałem: „Jak to będzie? Dokąd ja idę?”. Nie wstąpiłem do seminarium od razu po maturze. Przez rok pracowałem – opowiada alumn V roku Łukasz Bardyszewski. – Ale szmer łagodnego powiewu Ducha Świętego i słowa powołania dojrzewały we mnie. Widzę dziś, jak Bóg mnie prowadził – dodaje. Jest z nim kolega z roku Grzegorz Oleksik. Uśmiecha się na słowa przyjaciela. – Dokumenty do seminarium złożyłem w ostatniej chwili, we wrześniu. Wcześniej dostałem się na technologię żywienia. Borykałem się z decyzją: wstąpić do seminarium czy nie. Jednak pragnienie było ode mnie silniejsze. Modliłem się przez wakacje – mówi. Dziś dziękuje tym, którzy modlili się za niego o rozpoznanie drogi. – Pomogli mi w ten sposób podjąć tę decyzję – uważa. Będąc licealistą, czasami przyjeżdżał do „Hosianum” na dni powołaniowe. – Kiedyś chciałem być strażakiem, może dziennikarzem. Czasem myślałem i o kapłaństwie. Dylematy, jakie ma każdy... – dodaje.

Pierwsze seminarium

Obaj, kiedy jeżdżą na różne rekolekcje, pomagając kapłanom, kiedy spotykają się z młodymi, często rozmawiają o ich codzienności. Nastolatki mówią o relacjach z rodzicami i rówieśnikami, otwierają serca, proszą o wyjaśnienia i rady. – Jeśli ktoś nigdy nie rozmawiał z klerykiem, nie utrzymuje relacji z żadnym kapłanem, żyje jedynie wyobrażeniami. A te pod wpływem mediów i rówieśników często wypaczają obraz tych, którzy poszli za Chrystusem – mówi Grzegorz. Wie to po takich właśnie rozmowach. – Oni często myślą, że seminarium to klasztor, nieustanne milczenie i modlitwa, że trzeba chodzić wyprostowanym ze złożonymi dłońmi, z poważną miną. Niektórzy mają pragnienie kapłaństwa, ale takie wyobrażenia powodują lęk, a ten niemoc – wyjaśnia. Właśnie dlatego praktycznie codziennie można przyjść do „Hosianum”, zwiedzić budynek, porozmawiać z klerykami. – Ja też jestem do dyspozycji. Kiedy tylko mam czas, mogę go poświęcić każdemu młodemu człowiekowi – zapewnia rektor. – Ale bardzo ważna jest rodzina i świadectwo rodziców. Ważny jest dobry kapłan, który przyciąga młodych, potrafi zafascynować Chrystusem. Przykłady pociągają. Dom rodzinny był moim pierwszym seminarium – dodaje Łukasz.

Ale przyjął mnie

Pokazują seminarium. Nowoczesną salę gimnastyczną, siłownię, salkę ze stołami do ping-ponga. Szeroki korytarz kończy się holem, tu jest wejście do kościoła seminaryjnego. Idąc w lewo, dochodzi się do refektarza, gdzie spożywane są posiłki. Pokoje mieszkalne, sala spotkań, dalej miejsce upamiętniające wizytę Jana Pawła II, podczas której poświęcił budynek „Hosianum”. Na zewnątrz wychodzi się przeszklonymi drzwiami na drogę, za którą są boiska i korty tenisowe. – Pamiętam moment, kiedy przestępowałem próg seminarium. Bałem się, kogo tu spotkam. Jak tu będzie? Jak będzie wyglądać moje życie? Młody człowiek przez 18 lat wychowuje się w domu, tam mieszka otoczony bliskimi. Tu wchodzi się w nową rodzinę, nieco niepewnie, z obawami, ale też i radością, i nadzieją – mówi Grzegorz. – Byłem chyba jedynym alumnem, który biegł do seminarium – śmieje się Łukasz. – Pamiętam jak dziś. Przyjechałem pod bramę boczną, a tu zamknięte. Wziąłem rzeczy, idę. A tu nagle ulewa z nieba, niesamowity deszcz. Zacząłem biec. Gdy przyszedłem na furtę, ówczesny rektor ks. Władysław Nowak spojrzał na mnie, a ja... cały mokry, woda po mnie spływa. Ale mnie przyjął – uśmiecha się, wspominając ten dzień.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama