Nowy numer 45/2018 Archiwum

Pan Bóg ma sposoby, by obudzić człowieka

– Ludzie stoją, ręce rozłożone, oczy zamknięte. Ale ja nieufna. Jedno oko mam lekko otwarte. Patrzę i dziwię się: „co tu się dzieje”? – tak pani Bożena wspomina swoje początki we wspólnocie „Effatha” w Bartoszycach.

tekst i zdjęcia krzysztof.kozlowski@gosc.pl Trwający Rok Duszpasterski jest szczególny, zwłaszcza dla wspólnot Odnowy w Duchu Świętym. Bo Kościół – natchniony przez Ducha Świętego – ogłosił, że będziemy przeżywać go pod hasłem: „Jesteśmy napełnieni Duchem Świętym”. I przeżywamy. Już św. Franciszek z Asyżu podkreślał, że jak kiedyś w betlejemskiej grocie, tak dziś Jezus powinien narodzić się w naszych sercach. Jak to możliwe? Właśnie za sprawą Ducha Świętego. To On, jak podaje Katechizm Kościoła Katolickiego, „przez swoją łaskę wzbudza naszą wiarę i udziela nowego życia, które polega na tym, abyśmy znali jedynego prawdziwego Boga oraz Tego, którego posłał, Jezusa Chrystusa”. Duch Święty jest źródłem Bożego życia dla każdego człowieka. Brzmi dobrze. Ale jak to wygląda w naszym życiu? Czy jest to możliwe? Okazuje się, że tak. Choć często czekamy na Boże fajerwerki, Duch Święty działa w cichości serc, czasem wypełnia człowieka Bożą miłością powoli. Żeby to dostrzec, niezbędna jest wspólnota, na przykład taka jak Odnowa w Duchu Świętym „Effatha”, która od 25 lat spotyka się w parafii św. Jana Ewangelisty i Matki Boskiej Częstochowskiej w Bartoszycach.

– Pamiętam początki. Spotkania modlitewne pełne niezgłębionej radości. Zawiązywaliśmy wspólnotę z ks. Markiem Choromańskim. I trwamy do dziś. Duch Święty tak zadziałał, że otworzył nasze serca na swoje działanie. Żyliśmy tym wszystkim. Byłam wtedy o wiele młodsza – uśmiecha się Elżbieta Pilipiuk.

Tak się stało

Wspólnota oficjalnie została zawiązana w lutym 1994 r., ale spotkania modlitewne odbywały się już wcześniej. – Spotykaliśmy się w „gołębniku”, czyli na strychu domu parafialnego. Później zeszliśmy do podziemi, do piwnicy domu. Tam było chłodniej, ale nie w naszych duszach! Przychodziło do 50 osób, dużo młodych. Wielu z nich wyjechało, ale wspólnota dalej trwała na modlitwie. Doświadczamy nieustannie wielkiej łaski Ducha Świętego, która emanuje na nasze rodziny. Cała rzeczywistość wokół nas się zmienia – mówi pani Elżbieta. Jej mąż był ateistą. – Obserwował mnie, kiedy się modliłam, i doświadczenie modlitwy w rodzinie zmieniało go. Przyszedł moment, kiedy stwierdził, że chce przystąpić do sakramentu bierzmowania. Szybko pobiegłam do księdza i mówię: „Mąż chce przyjąć Ducha Świętego”. A we mnie myśl: „Panie Boże, jaki Ty masz plan wobec niego?” – wspomina. Po czasie pojechał na REO. – Ksiądz żartował, że mąż nie będzie już kubełków śmieci wynosić, ale żyć słowem Bożym – śmieje się pani Elżbieta. – I tak się stało. Później córki wstąpiły do wspólnoty. W ten sposób ubogacaliśmy się wzajemnie – przyznaje. Po latach mąż pani Elżbiety otrzymał powołanie na szafarza Eucharystii.

W pół drogi

Obecnym liderem wspólnoty jest Bożena Dobrowolska. – Nawróciłam się w późnym wieku… Miałam 38 lat. Na początku biegałam za studiami, później była praca. Wszystko robiłam dla ciała, nic dla ducha. Popadłam w depresję, nie radziłam sobie. Moja choroba objawiała się bólem mięśni i głowy – wspomina. Pewnego dnia weszła do kościoła i powiedziała: „Jezu Chryste, mam dwójkę dzieci. Jeśli mnie uzdrowisz, zacznę chodzić co niedziela do kościoła”. Bogu nie trzeba było powtarzać dwa razy. – Po trzech dniach obudziłam się bez żadnych bólów. Uświadomiłam sobie, że spotkałam na swojej drodze żywego Jezusa – mówi. W niedzielę pani Bożena wzięła dzieci na Eucharystię. – Nie zrobiłam tego dla Pana Boga, a dla siebie, żeby bóle nie wróciły – uśmiecha się. – Czas mijał. Ludzie przystępowali do Komunii, a ja nie. Od lat nie byłam u spowiedzi – wyznaje. Po rekolekcjach wielkopostnych wyszła z kościoła z wielkim żalem. – W pół drogi do domu zawróciłam. Chciałam w pełni uczestniczyć w uczcie Pana. Uklękłam w konfesjonale i wielkie łzy zaczęły mi płynąć po policzkach. Na duszy lżej. Ale Panu Bogu było mało. W domu zaczęły się problemy. Poszłam w tygodniu na Mszę św. i usłyszałam, że odnowa ma spotkanie. To był 14 września, święto Podniesienia Krzyża Świętego. Myślę: „Boże, mam taki wielki problem, idę”. Nikt mi niczego nie mówił, nie namawiał. A Duch wzbudzał we mnie pragnienia – wspomina pani Bożena.

Upadałam i powstawałam

Kobieta przyszła do sali na plebanii i wyznała, że przyszła prosić za synem. Rozpoczęła się modlitwa wstawiennicza. Wtedy otrzymała pierwsze słowo: „O cokolwiek poprosisz, otrzymasz”. – Ale dla mnie było to śmieszne. Bo co, tak sobie poproszę i dostanę? – opowiada. Przyszła na kolejne spotkanie. – Patrzę, ludzie stoją, ręce rozłożone, oczy pozamykane. Ale ja nieufna. Jedno oko zamknięte, drugie lekko otwarte. Patrzę i dziwię się: „co tu się dzieje”? Gdyby księdza nie było, miałabym wiele wątpliwości – śmieje się pani Bożena. Tak trafiła do odnowy. Szybko okazało się, że nie ma w domu Pisma Świętego, nie zna Różańca. – Stwierdziłam, że słaby katolik ze mnie. Jednak powoli dojrzewałam w wierze. Rekolekcje REO, później kolejne w ośrodku w Dobrym Mieście. Tak zafascynowałam się Panem Bogiem. Pędziłam za Nim, pragnęłam Go odkryć, codziennie odnajdywać. Otworzyły mi się oczy, rozkochałam się w Bogu. Zrozumiałam, że łatwo żyje się z Panem Bogiem, choć nie zniknęły codzienne trudności. Że to jest łaska. Pędziłam jak oszalała za Bogiem i pędzę do dziś. Upadałam i powstawałam, ale już rozkochana w Bogu – wyznaje. Korespondencyjnie skończyła kurs biblijny u jezuitów, później kurs doradców dla rodzin. – Poszłam za Duchem Świętym, żeby służyć ludziom. Wiem, że we wspólnocie można wzrastać. Tu wzajemnie się ubogacamy i posługujemy innym w Kościele – dodaje.

Przez miłość

– Nie znałam Pana Boga. Ale On poszukiwał mnie przez Matkę Bożą i odnalazł – mówi Henryka Małek. – Pan Bóg ma przedziwne sposoby, by obudzić człowieka. A ja byłam bardzo oporna – dodaje. Zaczęło się od pragnienia, żeby pójść na pielgrzymkę do Wilna. Nie z powodu wiary, raczej nostalgii, bo z Wileńszczyzny pochodzą jej rodzice. – Chciałam przejść ziemię moich rodziców i dziadów. By prawdziwie być na tej ziemi, pić wodę ze studni, rozmawiać z ludźmi. Przedziwny czas pielgrzymowania. Początkowo myślałam, że nie dojdę – wydawało mi się, że jest to nieustanna modlitwa. Jak długo to wytrzymam? Później doznałam wielkiej łaski, kiedy Duch Święty działał we mnie. Codzienna poranna Eucharystia, ruszamy, podziwiam piękne krajobrazy, wszystko w budzącym się śpiewie ptaków. A ja wychodzę z czystym sercem. Kiedy śpiewaliśmy Godzinki, wydawało mi się, że jeziora chwalą Matkę Bożą, że las im wtóruje – uśmiecha się pani Henryka. Po powrocie z kolejnej pielgrzymki została zaproszona na spotkanie wspólnoty. Później rekolekcje REO. – Ówczesny lider Janusz Gajowski nieustannie popychał mnie do przodu. Nic nie musiał mówić… Zachłysnęłam się miłością do Chrystusa. Tak to chyba mogę nazwać. W wolnych chwilach czytałam Pismo Święte. Nieustannie poszukiwałam Boga. We wspólnocie pojęłam, jak ważne jest nasłuchiwanie Jego słów – mówi. Wspomina słowa Janusza, lidera, który powiedział, że Bóg zmienia nie tylko ją, ale też całe jej otoczenie, rodzinę. – Tak się stało. Niezauważalnie Pan Bóg zaczął dotykać gorącą miłością mojego męża. Zauważyłam, że właściwie nic nie trzeba w domu mówić, a sposobem bycia, mniejszą kłótliwością i większą łagodnością, umiejętnością przebaczania zmienia się najbliższych, że Duch Święty działa. Przez miłość zmienia się domowników – przekonuje.

Na zawołanie

Na stole leży kronika wspólnoty. Na pierwszych kartach napisano: „W lutym 1994 r. odbyło się REO w Stoczku Klasztornym. Wcześniej istniała grupa modlitewna. Osoby, które przeszły REO, wraz z dotychczasową wspólnotą utworzyły grupę modlitewną Odnowy w Duchu Świętym. Powstała grupa odpowiedzialnych, w skład której weszli: duszpasterz ks. Marek Choromański, Teresa Koter, Lena Tomaszewicz, Jagna Wiśniewska i Krzysztof Nowodzielski”. – Weszliśmy w 25. rok życia naszej wspólnoty. Jesteśmy wdzięczni Bogu za nasze życie, za wspólnotę, że tak nas prowadzi – mówi liderka Bożena Dobrowolska i zaprasza na wtorkowe spotkania wspólnoty, które odbywają się w domu parafialnym po wieczornej Eucharystii. – Pamiętam początki. Bycie w grupie to poznanie Boga, wzajemne ubogacanie. Doświadczam wielu darów, odkrywam w sobie coraz więcej talentów, którymi służę. To mnie zadziwia. Myślałam, że wielu rzeczy nie umiem. To dar Ducha Świętego, Jego prowadzenie. Widać to szczególnie w rodzinie, kiedy wszystko się prostuje. Bóg tak działa, wystarczy poprosić, a On przychodzi na każde zawołanie – dodaje Elżbieta Kronowska.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy