GN 49/2018 Archiwum

Łaska w czasach suszy

Po południu spadł tak długo oczekiwany deszcz. Matka Boża zadbała, aby wyczerpane studnie ponownie napełniły się wodą.

Niewyobrażalny tłum ludzi. Głowa przy głowie, widok ciągnący się po odległe budynki. A mimo to cisza, kiedy echo niesie słowa kard. Stefana Wyszyńskiego: „Dzieci Boże! W hołdzie koronacyjnym wiążemy wszystkie nasze wspomnienia, przeżycia i uczucia ku ziemi warmińskiej. Na tej ziemi zmagało się Boże dzieło miłości z ludzką słabością, zasady wolności religijnej z przemocą tutaj praktykowaną. (...) Pomimo zmiennych czasów pozostawała w tej ziemi przedziwna moc, która pociągała serca narodu i ludu z ufnością, że ostatecznie przeminie wszelkie zło, a zwycięży moc Boża, która jest miłością. Dlatego dzisiaj stajemy w Świętej Lipce i patrzymy na dzieło, które się tutaj przez wieki dokonywało, dzieło obrony wiary świętej, a zarazem obrony chrześcijańskich zasad życia i współżycia ludów i narodów”.

Na barierkach przy restauracji, naprzeciw ołtarza opartego o zewnętrzne mury krużganków, stał mały Aleksander. Wspiął się, by lepiej widzieć uroczystość, bo dziesiątki tysięcy głów przesłaniały mu widok. Patrzył na dostojników, wsłuchiwał się w ich słowa. Gdzieś opodal rodzinnego domu pod drzewem siedziała mała Ewa. Dobrze było, bo w cieniu, a od wielu dni nie padało, słońce grzało, wypalając ziemię. A Piotr był w tym czasie w kościele. Musiał posługiwać przy Mszach św., które odprawiane były przy ołtarzach w sanktuarium. 11 sierpnia 1968 r. w Świętej Lipce koronowano obraz Matki Bożej Świętolipskiej.

Msza za Mszą

Do uroczystości jezuici przygotowywali się rok. – Koronacja była dla mnie wielkim przeżyciem duchowym. W jej przygotowanie i przebieg było zaangażowanych ponad 50 jezuitów z prowincji wielkopolsko-mazowieckiej – wspomina o. Franciszek Krukowski SJ. W ramach przygotowań zakonnicy jeździli do wszystkich parafii diecezji warmińskiej z kazaniami o sanktuarium, Matce Bożej Świętolipskiej i zbliżającej się koronacji. – Pamiętam, że osobiście głosiłem nauki w parafiach Momajny i Mołtajny – dodaje jezuita. Jednocześnie o. Tadeusz Andersohn SJ odwiedzał kościoły jezuickie, prezentował sanktuarium na przeźroczach i zapraszał do udziału w uroczystościach koronacyjnych. Również sanktuarium przygotowywało się do wydarzenia. – W salce katechetycznej w domu zakonnym zorganizowano centralę telefoniczną, co na ówczesne czasy było nowatorskim rozwiązaniem technicznym. Poszczególne segmenty domu – kuchnia, stolarnia, zakrystia – zostały połączone siecią telefoniczną. Dzięki temu można było szybko kontaktować się ze sobą – wspomina o. Krukowski. Przed koronacją dokonano renowacji cudownego obrazu Matki Bożej i jednocześnie przygotowano metalową zasłonę przestawiającą drzewo lipowe, na nim figurę Maryi z Dzieciątkiem. Sfinansowano ją z ofiar zebranych podczas wizyt w parafiach. – Ale większość pieniędzy przeznaczono na szczerozłote korony z drogocennymi kamieniami – dodaje jezuita. Na pięć tygodni przed uroczystością pozostawiono w parafiach diecezji mapki z wyznaczoną informacją, jak dojechać z danej miejscowości do sanktuarium. – Na dzień uroczystości zostałem oddelegowany do pomocy br. Aleksemu Lizale SJ, który był zakrystianem. Czuwaliśmy nad tym, żeby obsłużyć wszystkie Msze św., które były w tym czasie odprawiane – wspomina o. Franciszek. A były to dziesiątki liturgii. – Wtedy nie było koncelebry. Dlatego kiedy w sobotę przyjeżdżali biskupi i kapłani, odprawiali Eucharystię przy ośmiu ołtarzach bocznych i czterech znajdujących się w krużgankach. Samych biskupów było 30, kapłanów – ogromna liczba. A ilu było duchownych, tyle Mszy św. trzeba było przygotować i obsłużyć. Niedzielna Eucharystia koronacyjna nie była koncelebrowana. Przewodniczył jej metropolita krakowski kard. Karol Wojtyła. I tego dnia wszyscy kapłani i biskupi musieli wcześniej odprawić Mszę św. Robiła się kolejka kapłanów do ołtarzy. Patrzyliśmy, gdzie kończy się Msza św., i tam kierowaliśmy kolejnego z księży. Ubieraliśmy go w szaty, przygotowywaliśmy kielich, hostię i komunikanty, wino i wodę – wspomina o. Krukowski. – Opuszczając swój pokój w piątek, zabrałem z sobą niezbędne ubrania, przybory toaletowe. Żeby się umyć, chodziłem do jeziora. W wolnych chwilach w zakrystii przysypiałem. Do swojego pokoju wróciłem dopiero wieczorem w niedzielę – uśmiecha się jezuita. Ojciec Franciszek Krukowski w 1968 r. miał 40 lat.

Gazety o niczym nie pisały

Niedzielny poranek. Z wyschniętej ziemi podnosił się pył, kiedy dziesiątki tysięcy wiernych gromadziły się przed sanktuarium. Tam przygotowano ołtarz, na który w procesji wniesiono cudami słynący obraz Matki Bożej Świętolipskiej. – Pamiętam ogromny tłum ludzi. Zastanawiałam się, skąd oni się wzięli. Właściwie nie było środków komunikacji, komuniści ograniczyli dodatkowo transport. To skąd ci ludzie? Przychodzili na piechotę, przyjeżdżali furmankami. A najdziwniejsze było to, jak szybko po uroczystościach zniknęli. Jakby się rozpłynęli – wspomina pani Ewa, która w 1968 r. miała 9 lat. Tego roku w czerwcu przyjęła I Komunię św. Na pamiątkę otrzymała czarno-białe obrazki Matki Świętolipskiej, już w koronach papieskich. – Był straszliwy upał. Od jakiegoś czasu panowała susza. Pielgrzymi przychodzili prosić o wodę, ale nasza studnia wyschła – opowiada. – W dniu uroczystości, kiedy z oddali patrzyło się na plac przed sanktuarium, widziało się tylko głowę przy głowie. Mój dziecięcy umysł to zapamiętał. Zastanawiałam się, skąd ci ludzie w ogóle wiedzieli o Świętej Lipce. My jeszcze nie mieliśmy w domu telewizora. Było radio, ale przecież w komunistycznych mediach nic nie mówiło się o Kościele. Gazety też o niczym nie pisały...

Wody nie zabrakło

Do tej samej klasy chodził z nią Olek, wówczas ministrant, dziś o. Aleksander Jacyniak SJ, superior domu zakonnego w Świętej Lipce. – Ponieważ byłem młodszym ministrantem, nie miałem szans na to, aby dostać się do służby do kościoła. Ale mój starszy o dwa lata brat mógł już tam służyć przy Mszach św. – opowiada o. Aleksander. Wspomina dom rodzinny. – Mój tata był rolnikiem. Mieliśmy ok. 6 ha ziemi. Ojciec Andersohn ogłosił, że rolnicy muszą zakończyć żniwa przed 11 sierpnia. Po zbożach ma zostać ściernisko. Było bardzo upalne lato i wszystko zostało zebrane. Nasze pola służyły za miejsca parkingowe dla furmanek i wozów, które jechały od strony Wilkowa, Bezławek i Stąpławek. Całe były zastawione wozami. Na podwórzu stała studnia. Przez cały dzień była do niej kolejka. Wyznaczono człowieka, który czuwał nad tym, aby nikt z mydłem nie zbliżył się do studni. Gdyby wpadło do środka, byłoby nieszczęście. Pamiętam, że kiedy w niedzielę po południu odjeżdżały ostatnie wozy, spuszczane wiadro uderzało w twardy grunt. Ale wody nie zabrakło. U wielu gospodarzy studnie już w trakcie uroczystości były suche – wspomina. Przez ich dom, przez dwa pokoje, które mieli, przewijały się tłumy ludzi. Kobiety przebierały się w stroje ludowe. W tym czasie w budynkach szkoły podstawowej Służba Bezpieczeństwa zorganizowała centrum dowodzenia. – Nie mogłem służyć do Mszy św., szukałem na placu miejsca, z którego mógłbym dobrze widzieć uroczystość. Przed ołtarzem ścisk był wielki. Przed restauracją Błękitny Anioł, a wówczas Zalesie, były barierki. Poszedłem tam, stanąłem na nich. Mogłem obserwować przebieg koronacji – opowiada o. Jacyniak.

Syrenki zamiast furmanek

W tym czasie jego brat Piotr posługiwał do Mszy św., które były odprawiane na ośmiu ołtarzach bocznych i w krużgankach. – Było zamieszanie. Każdy ksiądz chciał mieć ministranta, żeby odprawić Mszę św. Wówczas w liturgii musiał uczestniczyć choć jeden wierny. Uroczystość, ludzie przed sanktuarium, więc niezbędny był ministrant. Co jakiś czas wychodziłem za mur i spoglądałem na ołtarz, gdzie stał obraz Matki Bożej. Bardzo chciałem widzieć moment koronacji. Patrzę, jeszcze niekoronowany. A tu wołają, że kolejna Msza św. Później wychodzę, a korony już są na obrazie. I taki byłem mocno niezadowolony... Wróciłem, by dalej posługiwać – wspomina pan Piotr. Też wspomina pole pełne furmanek, między innymi wiernych z parafii Klon. Ponad 200 osób nocowało u nich na sianie. – Ale, co ciekawe, kiedy była 10. rocznica koronacji, na tym samym polu nie było już ani wozów, ani furmanek. Stały samochody: syrenki, małe i duże fiaty, trabanty i wartburgi. Przez 10 lat tak się wszystko zmieniło – uśmiecha się.

Trawa odżyła

Po południu spadł tak długo oczekiwany deszcz. Matka Boża zadbała, aby wyschnięte studnie ponownie napełniły się wodą. Ale nie tylko. – Kiedy wszyscy się rozeszli, Święta Lipka była stratowana. Pył jeszcze się unosił, kiedy spadły pierwsze krople deszczu. Zbawienna woda nawodniła dawno wysuszoną ziemię. Trawa pięknie odżyła, zielona, niczym na wiosnę – wspomina pani Ewa.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy