Nowy numer 42/2019 Archiwum

Warmińskie Pompeje

To swoista kapsuła czasu, która przechowała kompletny obraz tragicznych wydarzeń z 1354 roku.

Wnętrze kościoła nie przypomina czynnej świątyni. Zdemontowane ołtarze boczne, obok stoją obrazy, figury niektórych świętych są już szczelnie owinięte folią. Nie ma części ławek. Obie stalle odsunięte od ścian zajmują środek prezbiterium. Po lewej jego stronie jest głęboki wykop z widocznymi warstwami, sięgający poniżej posadowienia fundamentów.

– Najniżej są ślady datowane na około VI wiek. Później gruba warstwa aluwialna naniesiona być może z wylewami rzeki. Nad tym widoczne są nawarstwienia związane z początkami Barczewa, kiedy jeszcze nie było kościoła. W niej tkwią ślady działalności człowieka – węgle, fragmenty naczyń ceramicznych, także szczątki zwierzęce – wyjaśnia archeolog dr Arkadiusz Koperkiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego.

– Jesteśmy przy tej części prezbiterium, pod łukiem tęczowym, gdzie ktoś zdeponował skarb. Co to jest skarb? Dla archeologa teoretycznie mogą to być nawet skórki z wiewiórki, gdyby się zachowały, bo był to również środek płatniczy. Skarb to stanowisko archeologiczne, gdzie złożono grupę przedmiotów, np. monet. Mogły one być różne, od czysto praktycznych po symboliczne. Nie chodzi tu o olbrzymią wartość materialną depozytu, lecz o to, że ktoś go celowo ukrył – uśmiecha się archeolog.

Bez rozgłosu, ale...

Prace rewitalizacyjne w kościele św. Andrzeja Apostoła w Barczewie trwają od miesięcy. Są zakrojone na olbrzymią skalę – kierownik prac konserwatorskich Przemysław Gorek mówi, że obejmują między innymi konserwację wszystkich elewacji, remont więźby dachowej i wymianę pokrycia dachów, restaurację okien czy prace przy zabytkowych polichromiach. Z części zewnętrznej murów zbito tynki. Budynek przygotowywano do wzmocnienia fundamentów. Wszystko w ciszy, bez rozgłosu – do czasu kiedy rozniosła się wieść, że w klasztorze franciszkanów odnaleziono skarb złożony z około tysiąca srebrnych monet pochodzących z pierwszej połowy XVII wieku... – Po demontażu stalli znaleźliśmy pod starszą posadzką ceramiczny pucharek wypełniony monetami. Były one ułożone również wokół naczynia – opowiada archeolog.

– Ciekawie to wyglądało, bo to naczynie było ustawione na warstwie utworzonej po zawaleniu się sufitu prezbiterium. Wiemy, że po XV w. klasztor podupadł, konwent opustoszał, a sklepienie prezbiterium runęło. Odbudowę podjął dopiero w 1594 r. bp Andrzej Batory, a kontynuowali ją jego następcy, rekonstruując w 1610 r. sklepienie. Podczas usuwania ziemi uwidocznił się poziom, który potwierdza zapisy kronikarzy. Każda warstwa ma dla nas taką rangę, co barokowe ołtarze i wyposażenie kościoła. Stanowią niepowtarzalny zapis historii tego miejsca – dodaje. Samo naczynie używane pewno w klasztorze, niewielkie i niezbyt ekskluzywne, mogło być dziełem jakiegoś lokalnego warsztatu. – Wydaje się, że monety były skrupulatnie składane. Wszystkie to drobne nominały, m.in. szelągi pruskie księcia Jerzego Wilhelma Hohenzollerna. Większość z nich to monety groszowe i tzw. półtorak Zygmunta III Wazy, nieprzekraczające 1,2 grama srebra. Zdarzyła się tylko jedna moneta większa, tzw. szóstak, o wadze 3,7 g – wymienia dr Arkadiusz Koperkiewicz.

Na obiecanej ziemi

Wszystko zaczęło się kilka kilometrów od tego miejsca, w okolicy pobliskiego Barczewka, na wzniesieniu nazywanym przez mieszkańców Starym Miastem. – To tu znajduje się pierwsze Barczewo, czyli civitas Wartberg – wyjaśnia dr Koperkiewicz. Kiedy stanie się na wzgórzu, na wprost widać jezioro Wadąg. Widok nie zmienił się tu od stuleci. Najprawdopodobniej to samo zobaczyli z tego miejsca w 1325 r. pierwsi osadnicy. Musiała im się spodobać bliskość lasów, co miało zapewnić budulec do konstrukcji domów. Wzgórze było osłonięte drzewami, a rzeka blisko, więc można było nad nią postawić młyn. Jeśli zajrzymy do kroniki klasztoru barczewskiego, unikatowego zabytku znajdujący się w archiwach franciszkanów w Krakowie, znajdziemy wzmiankę, że pierwszym fundatorem klasztoru był biskup Eberhard z Nysy, który sprowadził braci w 1326 roku. Podobny zapis widnieje na innym unikacie – tablicy memoratywnej konwentu przechowywanej obecnie w Archiwum Państwowym w Olsztynie.

Krzyżacki kronikarz Piotr z Dusburga odnotował, że za rządów tego biskupa i przy pomocy jego wójta Fryderyka z Liebenzell zbudowano nad rzeką Pisą strażnicę (castrum) Wartenbergk. To był rok 1325. W czasie uroczystej Mszy św. pojawiła się biała gołębica i odczytano to jako dobry znak. Czy kronika mówi o tym miejscu? – Raczej nie, ponieważ tu mamy do czynienia z reliktami pierwszego miasta. Założenie obronne wzniesiono albo tuż obok, ale poza wałami miasta, albo w zakolu Pisy, niedaleko Łęgajn. Pierwsze informacje o mieście pochodzą dopiero z 1337 r., a zatem wpierw umocniono obiekt, a dopiero ok. 1330 r. próbowano zbudować w jego pobliżu miasto – wyjaśnia dr Koperkiewicz. Za pierwszą wzmiankę o jego istnieniu można uznać informację z 1329 roku – o drodze z Dobrego Miasta do Warthberga. Kolejne dokumenty pochodzą z 1337 roku, w których jako świadkowie nadania ziemi występują sołtysi Jan i Piotr oraz pleban Henryk. Ci sołtysi jeszcze tego samego roku otrzymali tartak z kołem młyńskim nad rzeką Wadąg.

– Pionierom dano obietnicę urządzenia się na Warmii, ziemi obiecanej, krainie, która mogła im się jawić jako mlekiem i miodem płynąca. Mnóstwo drewna, jezior, zwierzyny. Jednak niemal cały wiek XIV to czas konfliktu zakonu krzyżackiego z Wielkim Księstwem Litewskim. Rejzy krzyżackie i wypady odwetowe potrafiły być równie okrutne – opowiada archeolog. Z kroniki Wiganda z Marburga dowiadujemy się, że kres miastu przyniósł jeden z takich najazdów, kiedy Kiejstut i Olgierd w 1354 r. doszczętnie zniszczyli młodą kolonię – wszystko spalono, a mieszkańców zabito. W 1364 r. potwierdzono nową lokalizację obecnego Barczewa, a w kronice odnotowano, że po raz drugi miasto odbudowano i otoczono palisadami mocniejszymi od pierwszych. Od tego też momentu dysponujemy informacjami na temat budowy klasztoru zakonnikom św. Franciszka.

Spalone miasto

Grupa młodych archeologów delikatnie usuwa ziemię, która przez wieki skrywała ślady tragedii, jaka rozegrała się w 1354 r. w pierwszym Wartenburgu.

– Niewiele trzeba wyobraźni, aby dostrzec skalę zniszczenia. Spalone konstrukcje budynków, porozrzucane przedmioty, ale często całe i w swojej pierwotnej lokalizacji, nadtopione monety, zdeformowane wysoką temperaturą naczynia. Miejsce to nigdy nie zostało ponownie zasiedlone, a zgliszcza młodej kolonii miejskiej przetrwały stulecia w nienaruszonej formie. To niewątpliwie kapsuła czasu, która przechowała kompletny obraz tragicznych wydarzeń z przeszłości. Nazywamy ją warmińskimi Pompejami – wyjaśnia archeolog z Gdańska. Wykopaliska trwają piąty sezon, a ze względu na rozległość osady przebadano dopiero ok. 15 proc. całego stanowiska. – Wigand zapisał: „Kiejstut, Olgierd z bojarami śpieszą do Wartenberga w ziemi Gunelauken, która nieprzyjacielskim obyczajem ogniem niszczą i nikt z rąk ich nie uszedł”. Zastanawialiśmy się, co mogło się stać z ofiarami. Czy ktoś je pogrzebał? Gdzie? Tego jeszcze nie wiemy. Odnaleźliśmy wprawdzie regularne cmentarzysko osadników. To także rewelacja, bo tu mamy do czynienia z fizycznymi szczątkami pierwszych mieszkańców historycznej Warmii. Mimo podejrzenia, że mamy tam również ludność pochodzenia pruskiego, byli to już z pewnością chrześcijanie – mówi. W końcu natrafiono jednak na pojedyncze szczątki ofiar tragedii.

– Najpierw pod spalonymi konstrukcjami odnaleźliśmy częściowo spalone szczątki niemowlęcia. Tam były różne przedmioty, pierścionki, ozdoby, nożyczki. Wygląda na to, że matka ukryła dziecko z nadzieją, że przeżyje. W ostatnim sezonie pod zwaloną konstrukcją ściany odsłonięto leżący w nienaturalnej pozycji szkielet młodej kobiety, z całkowicie zwęgloną czaszką i układem rąk, jakby ta osoba chciała się nimi zasłonić. Znajdujemy pojedyncze ofiary, których z pewnością było wiele – opowiada archeolog.

Pokrywa to ziemia

W mieście było 20 domostw, musiało więc ono liczyć niecałe 200 mieszkańców. Znaleziska rzucają ciekawy obraz tej XIV-wiecznej społeczności. Można wywnioskować, że byli tak zorganizowani, aby móc się utrzymać jako całość. Wyposażenie kolejnych piwnic wskazuje na funkcje i specjalizacje. – Były budynki, które roboczo nazwaliśmy domem handlowym, browarem, domem rolnika, domem rybaka, a w tym sezonie mamy, zdaje się, warsztat kowala wyspecjalizowanego w produkcji broni. Wszędzie trafiamy na ślady działalności metalurgicznej. Każdy musiał się więc specjalizować w czymś innym. Byli oczywiście sołtysi, bracia Jan i Piotr, kościół z proboszczem Henrykiem. Ale mamy piwnicę z mnóstwem haczyków na ryby i rakami do chodzenia po lodzie. Do tego tradycyjna ceramika pruska.

Mieszkał tu rybak? W innej znaleźliśmy pługi i topory. Wyznaczyliśmy miejsce targowe, są tu znaleziska piecowisk, są depozyty monet. I niespodzianka – zaplecze gospodarcze, a w nim wielki miedziany kocioł o średnicy jednego metra z żelaznym kabłąkiem, z glinianą konstrukcją pieca, pod którym także były węgle. Wokół niego narzędzia, rożen do pieczenia mięsa, powywracane naczynia z zachowanymi ziarnami zbóż, w innych szczątki organiczne jakichś potraw. To jakby kadr z dnia najazdu. Wszystko się w jednej chwili pali i wali, wywraca, ale pozostaje na swoim miejscu. Zgliszcza wypełniają zagłębienia piwnic, gdzie widać detale konstrukcyjne ścian. Wszystko po tragedii pozostaje nienaruszone, pokrywa to ziemia, a z czasem porasta łąka – opowiada Arkadiusz Koperkiewicz. W piwnicach zachowało się mnóstwo przedmiotów, w ówczesnych czasach bezcennych, bez których nie można było się obyć. Najazd musiał być ogromnym zaskoczeniem. Miasto spłonęło, mieszkańców wybito. Później nie było nikogo, kto by je odbudowywał, pozbierał pozostawione przedmioty, poprzenosił. Wydaje się, że miejsce potraktowano jako swoiste sacrum, jedno wielkie cmentarzysko i dlatego nigdy go w żaden sposób nie zasiedlono, a jedynie upamiętniono nazwą.

Znani z imienia

Już w XIX w. domyślano się, że wzgórze za Barczewkiem (Alt Wartenburgiem) z jego tradycyjnym określeniem Alte Stadt należy utożsamiać z miastem wspominanym w kronikach. Jednak kluczowe w ustaleniu lokalizacji okazało się archeologiczne zdjęcie lotnicze wykonane na początku lat 90. XX w. przez Jerzego Miałduna z Olsztyna.

– Początek czerwca, wczesna faza wegetacji roślin. Wówczas na tym miejscu rosło zboże. Na fotografii zarysowały się ukryte pod ziemią relikty domów. To, co dziś widzimy odkopane, jest wyrysowane przez wczesne zboże. Jak to możliwe? Jak widać, otoczenie to żółty piasek, jałowa plaża. Środek to glina, kości zwierzęce, mnóstwo spalenizny. W takim miejscu roślinność, mając więcej składników odżywczych, jest ciemnozielona i bujna, wyróżnia się wśród jasnych, niewielkich źdźbeł. Tak na zbożu wyrysowały się warmińskie Pompeje. Po badaniach geofizycznych wszystko stało się jasne: rozmierzony i centralnie wytyczony plac rynkowy, zaplanowany układ przestrzenny podobnej wielkości domostw i ciąg ulic. To z pewnością próby wzniesienia miasta, pierwszego Wartenburga – mówi archeolog.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL