Nowy numer 2/2021 Archiwum

Jestem zadowolony z życia

– Wszystko robię, by dziś mówić nie o nienawiści, a o miłości – mówi pan Kazimierz.

Klub Inteligencji Katolickiej działający przy parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Olsztynie zorganizował spotkanie z Kazimierzem Boguckim, Wołyniakiem, żołnierzem AK, wiceprezesem Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Olsztynie i olsztyńskiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy AK.

– Zaprosiliśmy pana Kazimierza, aby podzielił się z nami historią swojego życia. To człowiek nietuzinkowy, którego życie mogłoby być przykładem dla wielu z nas – mówi Stanisław Maroń, prezes olsztyńskiego KIK.

– Można powiedzieć, że czuję się już jak chodzący eksponat – śmieje się Kazimierz Bogucki. – Od dłuższego czasu jestem często zapraszany na różne spotkania, a ludzie dziwią się, że jestem w tak dobrej kondycji. Mogę przyjść, rozmawiać. Daj Boże, żeby wszyscy się tak czuli, a w szczególności ci, którzy zbliżają się do lat, które ja przeżyłem – dodaje. Pan Kazimierz urodził się na Podolu. – Zaraz potem moi rodzice musieli uciekać przed bolszewikami. Zresztą ja całe życie przed bolszewikami uciekałem. Tym razem z Podola do Polski.

W 1920 r. mieszkaliśmy już w Warszawie. Ojciec wstąpił do wojska. Bitwa Warszawska i później dobry czas pokoju, już na Wołyniu. Tak aż do wybuchu II wojny światowej. Potem ponowna ucieczka do Warszawy, bo Ukraińcy zaczęli brać się za nas. Wraz z bratem nawiązaliśmy kontakt z Armią Krajową na Lubelszczyźnie. Oczekiwaliśmy z bronią w rękach na Akcję „W”, by ruszyć z odsieczą do Warszawy. Sierpień 1944 r. Już Armia Czerwona jest na terenie Lubelszczyzny. Zaczęli nas wyłapywać. Mnie zawieźli na Zamek Lubelski do więzienia. Później do Związku Radzieckiego do obozu. Wróciłem do Polski. Człowiek nie wiedział, czy ma jeszcze rodzinę. Znaleźliśmy się. Ojciec był na robotach w Niemczech, siostry w Austrii... W 1946 r. spotkaliśmy się w Gliwicach. Z Gliwic przyjechałem do Olsztyna i mieszkam tu do dziś – wspomina pan Kazimierz. W 1980 r. przeszedł na emeryturę.

– Ale działam cały czas społecznie i piszę. Z perspektywy lat, co jest najważniejsze? To, czy człowiek jest z siebie zadowolony. Jestem zadowolony z życia. Nie byłem święty, jak to w życiu. Ale wiem jedno, wszystko robię, by dziś mówić nie o nienawiści, a o miłości, bo ona jest najważniejsza – uśmiecha się pan Kazimierz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama