Nowy numer 40/2022 Archiwum

Panie, dałam radę!

Kiedy wchodzimy na błonia i możemy pokłonić się Maryi Matce, to chwila, która chwyta za serce – mówią pątnicy.

Wyruszyli z Gietrzwałdu 31 lipca, by 12 sierpnia dotrzeć na Jasną Górę. W tym czasie przeżywali rekolekcje w drodze, podczas których zgłębiali wielką tajemnicę wiary – Eucharystię. – Zastanawialiśmy się nad jej istotą. Mówiliśmy o tym, że Eucharystia jest głównym momentem naszego życia. Zgłębialiśmy również naszą maryjność.

Myślę, że był to dla nas wszystkich cudowny czas. Nieśliśmy do Matki Bożej nasze prywatne intencje, ludzie przysyłali nam swoje, przekazywali je podczas drogi. W ten sposób łączyliśmy się z tymi, którzy musieli pozostać w domach. Odczuwaliśmy z nimi duchową jedność – mówi ks. Paweł Szumowski. Łzy wzruszenia – W tym roku nie miałam żadnych wątpliwości, że powinnam iść na Jasną Górę. Rok temu byłam pierwszy raz. Wówczas szłam z bardzo ważną dla siebie intencją, która została wysłuchana. W tym roku również szłam prosić Matkę o wstawiennictwo – mówi Nikola Kajs.

I choć tegoroczna pielgrzymka pod względem organizacyjnym i sanitarnym wyglądała zupełnie inaczej niż poprzednie, to te zewnętrzne formy nie miały zupełnie wpływu na głębię codziennej modlitwy, a otaczająca przyroda jak co roku pozwalała na wyciszenie się i uwielbienie Stwórcy. – Oczywiście jak zawsze ciężko było pod względem fizycznym; kiedy pod koniec dnia, mając czterdzieści kilometrów w nogach, przychodziło się na nocleg, siadało się i dziękowało Bogu: „Panie, dałam radę!”. Ale dni mijały i z każdym krokiem czułam, że jestem coraz bliżej Jasnej Góry, i wówczas nogi bolały coraz mniej – uśmiecha się Nikola. Podkreśla, że pielgrzymowanie to specyficzne rekolekcje.

– Mam chwile, kiedy mogę pomyśleć, zastanowić się nad życiem, chwile spokoju, kiedy nic mnie nie rozprasza. Nie ma żadnych telefonów, żadnych mediów. Jestem tak naprawdę sama z moimi myślami i sam na sam z Bogiem. Po drodze mieliśmy adoracje Najświętszego Sakramentu w mijanych kościołach czy codzienne Msze św. W zwykłym życiu nie zawsze znajdujemy na to czas, a w drodze jest taka możliwość – mówi. Poza tym, jak podkreśla, poznaje się wielu wartościowych ludzi, nie tylko pielgrzymów, ale i osoby, które ich podejmują, gospodarzy, kapłanów, ludzi dających karteczki z zapisanymi intencjami, by ktoś zaniósł je Matce Bożej.

– A kiedy już widzi się Jasną Górę, to ma się łzy wzruszenia w oczach. Radość i satysfakcja, że po dwóch tygodniach drogi już widać klasztor, jest on już na wyciągnięcie dłoni. Kiedy wchodzimy na błonia i możemy pokłonić się Maryi Matce, to chwila, która chwyta za serce. Kiedy wraca się do codzienności, do swoich obowiązków, w sercu nosi się cudowne wspomnienia. Bo pielgrzymowanie na Jasną Górę to najwspanialsza przygoda w życiu. Wspomnienia nie do opisania, bo nic innego nie jest w stanie człowiekowi dać takich niezapomnianych przeżyć, jak pielgrzymka – podsumowuje Nikola. To jest wyjątkowe – Na pielgrzymce trzeci raz jestem osobiście, a dziesiąty raz duchowo. W 2010 r. mój brat poszedł pierwszy raz i z rodziną przyjęliśmy zasadę, że co rok modlimy się za niego, kiedy on pielgrzymuje. Później całą rodziną zaczęliśmy chodzić – opowiada Marysia Sapiela. Droga to trud, ale za to w otoczeniu życzliwych osób, pomocnych w trudnych chwilach, wspierających dobrym słowem.

– Mimo różnych informacji dotyczących pandemii tęsknota za pątniczym szlakiem i wiara były silniejsze od lęku – uśmiecha się Marysia. Przyznaje, że w tym roku na nowo odkryła Eucharystię, choćby dlatego, że codziennie pomagała w jej przygotowaniu, czuła się za to odpowiedzialna. – Myślę, że głębiej przeżywam słowo Boże czytane na Mszy św., że pomaga nam ono zbliżyć się do Chrystusa i do bliźniego, i też poznawać lepiej samego siebie – mówi. I choć w ciągu czternastu dni nie obyło się bez kryzysów, nigdy nie żałowała, że poszła na pielgrzymkę.

– Kiedy Jasna Góra w oczach staje się coraz większa, czuje się szczęście, że doszło się do celu. Przecież nieczęsto człowiek przechodzi ponad trzysta kilometrów, by dotrzeć to tak wyjątkowego miejsca. Szczęście i wielkie wzruszenie, kiedy klęka się przed wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej, kiedy można spojrzeć w Jej oczy i z serca wypływają wszystkie intencje – dodaje. A owoce? Codzienne pragnienie modlitwy i Eucharystii, ofiarowywanie się Chrystusowi i wstawiennictwo Maryi Matki. – Mój brat w 2012 r. pielgrzymował w mojej intencji. Miałam nowotwór. Wszyscy modlili się, żebym wyzdrowiała. To jest dla mnie wyjątkowe, że dziś ja mogę iść i modlić się w intencjach, które ofiarowują mi inni ludzie – wyznaje Marysia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy