Nowy numer 44/2020 Archiwum

Symbol doskonałej miłości

– Chrystus zaprasza nas do siebie, byśmy zatrzymali się na chwilę i spróbowali zrozumieć krzyż – mówi ks. Tomasz Kociński.

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które obchodzimy 14 września, związane jest z odnalezieniem krzyża Chrystusa, najcenniejszej relikwii chrześcijaństwa. Na Warmii, w Chwalęcinie, znajduje się świątynia pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego, gdzie w niedzielę 13 września odbędą się uroczystości odpustowe.

Niby przypadkiem

Sanktuarium Męki Pańskiej w Chwalęcinie jest jednym z wielu warmińskich sanktuariów, jednym z najbardziej zapomnianych. – Kiedy zostałem tu proboszczem, przywróciłem pielgrzymkę z Bażyn do Chwalęcina; to kilka kilometrów. Okazało się, że niektórzy mieszkańcy Bażyn dopiero wówczas po raz pierwszy odwiedzili sanktuarium, które mieli tak blisko – opowiada ks. Tomasz Kociński. Przyznaje, że do Chwalęcina nie jest łatwo trafić. Podczas naszej rozmowy przyjechali państwo z Warszawy, którzy przejeżdżając, zobaczyli kościół, zboczyli z trasy i postanowili wejść do środka. – Zobaczyliśmy to miejsce przypadkiem, zajechaliśmy na chwilę – mówią.

– Ludzie tu docierają z wielu miejsc, niektórzy mówią właśnie, że przypadkiem, ale ja uważam, że przypadków nie ma, po coś tu przyjechali. Żyjemy w takich czasach, że szukamy miejsc, gdzie – wśród całego tego pędu – można się zatrzymać, wyciszyć... dookoła mamy wiele sanktuariów, szczególnie maryjnych, ale sanktuaria krzyża, męki Pańskiej są na tym tle wyjątkowe: poszukujemy czegoś, co nam pomoże, ulży w naszych trudnościach, cierpieniu, a krzyż daje nam jasny przekaz – Chrystus wziął wszystkie przeciwności na siebie, Jego ramiona na krzyżu są szeroko rozłożone, zaprasza nas do siebie – tłumaczy ks. Kociński. Uważa, że wiele osób nie rozumie krzyża. – Czasami pytam – szczególnie na ślubach – czy krzyż Chrystusa jest w takiej sytuacji dobrym prezentem. Niektórzy patrzą na mnie z wielkim zdumieniem, a krzyż to przecież symbol doskonałej miłości Boga do człowieka. Jeśli mówimy o miłości, to nie znajdziemy piękniejszego symbolu, który byłby doskonalszy – podkreśla proboszcz.

Miejsce wybrane przez Boga

Sanktuarium w Chwalęcinie powstało w latach 1720–1728. Na początku XVIII w., kiedy Warmię nawiedziła dżuma, kapituła warmińska złożyła śluby, obiecując Bogu wzniesienie kościoła jako dziękczynienie za wygaśnięcie zarazy. Kiedy dżuma faktycznie zniknęła z terenu Warmii, zaczęły się poszukiwania miejsca na spełnienie ślubów – wybór padł na Chwalęcin, gdzie od wieków znajdował się słynący łaskami krucyfiks. Legenda głosi, że został on znaleziony w lesie nad rzeką Wałszą. Przenoszony kilkukrotnie do kościoła w Osetniku, za każdym razem cudownie wracał na miejsce, gdzie został znaleziony.

Pierwsza kaplica została zbudowana w 1570 r., ale wkrótce okazało się, że jest za mała – do Chwalęcina zaczęło przybywać coraz więcej pielgrzymów, miały tu miejsce liczne uzdrowienia: niewidomi odzyskiwali wzrok, a sparaliżowani zaczynali chodzić bez wspierania się na laskach. Do przebudowy mieszkańcy chcieli przystąpić już w latach 80. XVII w., ale wtedy plany te zablokował proboszcz z Osetnika Bartholomaus Werdich, który chciał, by Czarny Krucyfiks został przeniesiony na stałe do Osetnika. Wkrótce zachorował, a – jak opisują podania – za swoje sprzeciwy został ukarany apopleksją i dwa lata leżał sparaliżowany. Choroba ustąpiła dopiero, gdy wyraził zgodę na budowę nowej kaplicy w Chwalęcinie. Budowa opóźniła się jednak przez sytuację polityczną, wojnę ze Szwecją, a ostatecznie kościół zbudowany w latach 1720–1728 poświęcił 13 czerwca 1728 r. bp Jan Krzysztof Szembek. On też umieścił w ołtarzu słynący łaskami Czarny Krucyfiks oraz relikwie, m.in. św. Krzysztofa.

Bogate wyposażenie kościoła było stopniowo uzupełniane przez cały XVIII wiek. Ołtarze boczne pojawiły się w 1730 roku, a w 1798 r. powstał prospekt organowy. Za najcenniejszy zabytek, oprócz datowanego na rok 1400 Czarnego Krucyfiksu, uważa się polichromię na drewnianym stropie wykonaną w latach 1748–1749, która przedstawia sceny z legendy Krzyża Świętego. Kościół planowany był jako pielgrzymkowy, w latach 1820–1836 zbudowano jego krużganki. Jednak zawirowania historyczne, przede wszystkim zaś wymiana ludności po II wojnie światowej, spowodowały, że ruch pielgrzymkowy praktycznie całkowicie zanikł, a o Chwalęcinie mało kto dziś pamięta. Dzięki wsparciu gminy, starostwa i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego cały czas trwają prace, które mają zachować to wyjątkowe miejsce.

Cuda dzieją się w sercu

Msza św. w Chwalęcinie sprawowana jest raz w tygodniu, w niedzielę, ale proboszcz zapewnia, że każdy, kto przyjedzie do sanktuarium w każdy inny dzień tygodnia, może się tam dostać – wystarczy zadzwonić do niego lub po prostu podejść do sąsiedniego domu, gdzie mieszka pani Zosia, która ma klucze, wpuści do środka, oprowadzi.

– Często nie wystarczy tu przyjechać tylko raz. Jest wiele osób, które przyjeżdżają w grupie, żeby pozwiedzać, a potem – nawet po kilku czy kilkunastu latach – wracają już indywidualnie, by w spokoju pobyć, zatrzymać się, wpatrywać w krzyż, nawet po kilka godzin. To pokazuje, że człowiek potrzebuje zbliżenia do krzyża Chrystusa, potrzebujemy odnaleźć, zrozumieć ten znak miłości. Jedno z najbardziej znanych zdjęć św. Jana Pawła II to fotografia z jego ostatniego Wielkiego Piątku, kiedy jest wtulony w krzyż, jakby z nim zjednoczony. Tego właśnie szukamy i w naszym życiu. To miejsce jest wybrane przez Boga, naznaczone miłością Chrystusa – o wyjątkowości tego miejsca świadczą historie ludzi, wota przez nich pozostawione. Nie prowadzimy księgi cudów, choć ludzie opowiadają, że modlili się w Chwalęcinie, a potem ktoś odzyskał zdrowie czy doczekał się upragnionych, wymodlonych dzieci. Wiele z tych osób, które tu wracają, przyjeżdża dlatego, że czegoś tu doświadczyło, w swoim sercu. To może nie są spektakularne, ale bardzo prawdziwe cuda – mówi ks. Tomasz.

– Panuje tu niesamowity klimat; kiedy wchodzi się do środka, czuć, że wiele osób przez wieki się tu modliło. Kiedy patrzymy na kościół z zewnątrz, wygląda to wszystko skromnie, surowo, jakby nic się tam od lat nie działo, ale po wejściu do środka to już zupełnie co innego. Trochę jak z krzyżem: z zewnątrz na pierwszy rzut oka widać cielesność, cierpienie, ukrzyżowanie, ale kiedy się zagłębimy, wejdziemy dalej, objawia nam się chwała Zmartwychwstałego. To jest takie przesłanie na dzisiejsze czasy: trzeba wejść do środka świątyni, wejść do środka siebie samego i niech nas tam prowadzi Chrystus i Jego krzyż, symbol zwycięstwa – opowiada raper Roman „Bosski” Lachowolski.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama