Nowy numer 9/2021 Archiwum

In vitro na Warmii i Mazurach

– Nikt nie chce pomniejszać autentycznego cierpienia małżeństw, które bezskutecznie starają się o poczęcie dziecka. Czy jednak dla realizacji godziwych i dobrych celów wolno nam sięgać po każdy środek? – mówi ks. prof. dr hab. Marian Machinek MSF.

W ostatnich dniach 2020 r. radni sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego przyjęli budżet na 2021 r., który określono jako proinwestycyjny i prorozwojowy – zakłada bowiem m.in. wydatkowanie ponad 50 proc. budżetu na inwestycje (na same inwestycje drogowe zaplanowano przeszło 400 mln zł). Jeden z punktów zaplanowanego budżetu budzi szczególne emocje – radni (z których 19 głosowało za przyjęciem budżetu, a 10 wstrzymało się od głosu) zdecydowali również o współfinansowaniu programu in vitro.

Według przeprowadzonych analiz, na które powołują się radni sejmiku, w województwie warmińsko-mazurskim z problemem niepłodności boryka się 55,8 tys. par, a leczenia wymaga 1116 par. Na wsparcie programu in vitro w budżecie zaplanowano 210 tys. zł, program ma objąć 42 pary – dofinansowanie ma wynieść 5 tys. zł (procedura in vitro) lub 2,5 tys. zł (procedura adopcji zarodka). Według prognoz dzięki programowi może się urodzić 11 dzieci.

Tak zaczyna się życie

Wprowadzenie dofinansowania procedury in vitro wywołało sprzeciw niektórych środowisk. Bractwo Przedmurza Komturia Warmińska opublikowało apel do katolików Warmii i Mazur o sprzeciw wobec budżetu i żądanie wycofania finansowania tej procedury. „Przypominamy, że metoda in vitro jest sprzeczna z moralnością katolicką i przez katolików powinna być odrzucona” – napisali na swoim profilu facebookowym przedstawiciele bractwa, dodając między innymi, że „pieniądze podatników nie mogą iść na idee i eksperymenty medyczne godzące w etykę katolicką”. – Problematyka zapłodnienia pozaustrojowego jest zapewne dlatego mało czytelna dla przeciętnego Kowalskiego, że wielkość embrionu ludzkiego jest mikroskopijna. Jednak tak właśnie rozpoczyna się ludzkie życie – od jednokomórkowej zygoty i kilkukomórkowego embrionu. Chociaż może on wyglądać jak grudka komórek, jest istotą ludzką w pierwszej fazie życia – tak wyglądał na początku każdy i każda z nas – komentuje ks. prof. dr hab. Marian Machinek MSF, kierownik Zakładu Teologii Moralnej na Wydziale Teologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Zwraca uwagę, że w dyskusji medialnej dotyczącej in vitro pokazuje się zazwyczaj jedynie już urodzone dzieci i szczęśliwych rodziców. – Ten przekaz pokazuje rodziny korzystające z tego, jak się twierdzi, dobrodziejstwa medycyny, jakim jest możliwość zapłodnienia pozaustrojowego. Trzeba jednak pamiętać, że ceną za urodzenie jednego zdrowego dziecka jest unicestwienie kilku innych ludzkich embrionów, które giną w trakcie procedury lub są zamrażane w ciekłym azocie – mówi ks. Machinek.

A co z Bartkiem?

Jak zauważa teolog, rodzice dzieci, które zostały poczęte w procedurze in vitro, mówią, że kochają je całym sercem, i co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. – Dzisiaj kochają je jak wszyscy dobrzy rodzice kochają swoje dzieci. Czy tak było od początku? Na początku dzisiejsze urodzone już dziecko – nazwijmy go Bartkiem – było dla nich jedynie jednym z kilku anonimowych embrionów, które powołali do życia. Bartek został otoczony miłością rodziców dopiero wtedy, gdy się zagnieździł i urodził. Ale przecież mógł być też jednym z tych embrionów, które się nie zagnieździły i zginęły albo też wylądowały w zamrażarce. I miłość rodziców byłaby wtedy skierowana na inne dziecko, a Bartka rodzice potraktowaliby jak pozostałe embriony – jako cenę, jaką trzeba zapłacić za otrzymanie upragnionego dziecka. Na tym polega główny zarzut wobec zapłodnienia pozaustrojowego – nie da się go przeprowadzić inaczej, jak tylko jako technologiczną i selekcyjną procedurę, w której istoty ludzkie w pierwszej fazie swojego życia traktowane są jak produkty przemysłowe w trakcie ich wytwarzania – argumentuje ks. Machinek. Podkreśla, że dzieci poczęte dzięki procedurze in vitro same w sobie nie są oczywiście produktami, a pełnowartościowymi ludźmi. – Ale zostały na początku swego życia potraktowane jako produkty, nawet jeżeli później zostały obdarzone miłością rodziców. Nikt nie chce przy tym pomniejszać autentycznego cierpienia małżeństw, które bezskutecznie starają się o poczęcie dziecka. Czy jednak dla realizacji godziwych i dobrych celów wolno nam sięgać po każdy środek? – podkreśla teolog moralista i zaznacza, że dla wielu niepłodnych par alternatywą może być naprotechnologia – jest to połączenie wiedzy ginekologicznej z działaniami terapeutycznymi, w wyniku czego mogą zostać usunięte przeszkody uniemożliwiające zajście w ciążę. – Atutem naprotechnologii jest jej spersonalizowanie, ukierunkowanie na konkretną parę. W przypadkach, gdzie zastosowanie wiedzy i doświadczenia naprotechnologicznego okaże się niemożliwe, istnieje możliwość adopcji dzieci już urodzonych, a z różnych powodów osieroconych. To są drogi realizacji pragnienia rodzicielstwa, które nie pozostawiają po sobie śladu moralnego zła – mówi ks. Machinek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama