Nowy numer 9/2021 Archiwum

Misjonarz na Post

Ojciec Stanisław Róż SVD obecnie przebywa na misjach na Alasce. To miejsce dla mocnych, duchem przede wszystkim, ale ciałem też nie zaszkodzi. Tutaj posyła nas Bóg z Ewangelią - mówi werbista.

Obecnie na Alasce nie ma żadnej placówki werbistowskiej.
- Jestem tu „wypożyczony” na okres trzech lat. Jak będzie dalej to nie wiem, bo wizę mam na 2,5 roku i w lipcu się kończy. Tu na miejscu okazało się, że misja nie jest ani łagodniejsza, ani mniej wymagająca, a klimat drugim ekstremalnym biegunem w porównaniu z Afryką. Dla nas werbistów to traf w dziesiątkę - od tego jesteśmy. Zastanawiałem się nad tym, czy dla mnie był to dobry czy zły pomysł, bo wyglądało to jak podróż z motyką na słońce. Nie żałuję! - zapewnia o. Stanisław.

Kościół na Alasce ma obecnie dwie diecezje: Fairbanks, gdzie posługuje ojciec, i połączone Anchorage i Juneau. Fairbanks jest potężna terytorialnie: 3,5 razy większa od Polski i liczy 14 tys. ludzi.
- W sumie jest 47 parafii, z czego 6 ma system dróg. Pracuje tutaj 16 księży. Mam dwie parafie-wioski do obsługi duszpasterskiej: Newtok i Chefornak, w zachodniej Alasce, blisko Morza Beringa. W linii prostej są oddalone od siebie o około 180 km, ale dostęp możliwy jest tylko samolotem i nie bezpośrednio. Podróż zajmuje zwykle cały dzień - opowiada o. Stanisław.

Pierwsze dni na misji były czasem dużego zaskoczenia.
- Na początku wszystko zaskakuje pozytywnie: miejsce, ludzie, krajobrazy. Takie nieco turystyczne spojrzenie. Wtedy robi się dużo zdjęć. Najbardziej pozytywnym elementem, który odczułem, jest moje bezpieczeństwo. Moi sąsiedzi mają po 4 karabiny do polowania. Nikt mi tu nigdy karabinu do głowy nie przystawił. Mogę spać spokojnie z otwartymi drzwiami. Pijacy, jeśli już coś mają, to wyzywają, potem przepraszają i na tym koniec. W Afryce ciągle było poczucie zagrożenia: strażnicy, kłódki, żelazne kraty na oknach itd. - wspomina.

Zaznacza, że istnieje wiele wyzwań duszpasterskich.
- Mam wrażenie, że chrześcijaństwo się tu nie przyjęło. Są ludzie starsi, którzy rzeczywiście weszli w nie, jednak ich jest niewielu. W tej części Alaski prawdziwa ewangelizacja na dobrą sprawę chyba się jeszcze nie rozpoczęła. Stworzenie struktury przed zakorzenieniem ducha wiary spowodowało, że na Kościół patrzy się tutaj jak na instytucję. Z Alaski nie wyszedł ani jeden kapłan czy siostra zakonna. Wszyscy pochodzą z zewnątrz - tłumaczy.

Podkreśla, że ważnym czynnikiem jest tożsamość mieszkańców, która przeżywa swoisty kryzys.
- Kultura zachodnia bardzo zniszczyła ich poczucie wspólnoty. Nasze duszpasterstwo przegrywa z tzw. kulturą Coca-coli. TV jest tylko satelitarna, bo ani radio, ani zwykła TV tu nie dociera. Natomiast ta z talerzem kosztuje $100 miesięcznie, więc dla wybranych. Internet, plaga pijaństwa i narkotyków, a na dodatek izolacja od ludzi wytworzyły pewien styl życia, który osłabia ich tożsamość. Brak perspektyw w życiu i porównywanie go z „idealnym” z TV powodują, że jest tu jeden z najwyższych wskaźników samobójstw. Edukacja także kuleje: szkoła podstawowa i gimnazjum to jedyne, jakie tu są. Ludzie słabo mówią po angielsku, używają języka Yupik, który jest bardzo trudny, a większość ma problem z czytaniem obu. Oba języki wykorzystują bardziej w formie mówionej niż pisanej. Trudno młodym wyrwać się, a przede wszystkim wrócić wykształconym, by coś zmienić. Popularnym zjawiskiem jest „adopcja”. Dzieci są tu własnością wspólnoty: jeden drugiemu oddaje dziecko na wychowanie. Oni z tym nie mają żadnego problemu, tak więc nie ma czegoś takiego jak domy dziecka - wylicza.

Szczególną grupą na Alasce są Eskimosi.
- To grupa ludzi, która trzyma mocno swoje sekrety. Nikt z zewnątrz się niczego nie dowie. Potrzebowałem ponad roku, by się ze mną oswoili - dodaje.

Więcej o o. Stanisławie i misjach na Alasce w „Posłańcu Warmińskim” nr 7/2021.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama