Nowy numer 33/2022 Archiwum

Namiot Nadziei

Do pomocy na granicy pojechało trzech kleryków roku propedeutycznego.

Po dwunastogodzinnej podróży dojechali na przejście graniczne w Krościenku. Na przekroczenie granicy czekało wówczas ponad dwa tysiące osób. Pomagali pod szyldem Caritas w wiosce utworzonej z namiotów, w których wydawano uchodźcom ciepłe napoje i posiłki.

Namiastka normalności

– Utworzyliśmy drugi punkt umiejscowiony w strefie neutralnej przejścia granicznego. Osoby, które przekroczyły granicę ukraińską, oczekiwały na transport do miejscowości Łodyna, gdzie znajduje się punkt rejestracji. Stały godzinami na wielostopniowym mrozie, a przecież to były matki z dziećmi i osoby starsze. Zanosiliśmy im ciepłe napoje, gorącą zupę. Staraliśmy się dodać tym ludziom otuchy. Zetknęliśmy się z ogromną tragedią, rozpaczą – opowiada kl. Marceli Rydzewski z Wyższego Seminarium

Duchownego „Hosianum”.

– Ci ludzie opowiadali, że do granicy jechali po kilkanaście godzin. Często nie mieli z sobą żadnego dobytku. Matki z dziećmi miały tylko jakiś plecaczek, bo dodatkowa torba to ciężar nie do udźwignięcia, kiedy trzeba nieść na rękach swoje potomstwo. Stali da dworze, na mrozie, czekając na transport, żeby znaleźć się jak najdalej od granicy – opowiada kl. Grzegorz Katanowski.

Klerycy mówią, że starali się wlać nadzieję w ich serca, pokazać, że jest dobro. – Szczególne emocje wzbudzały we wszystkich dzieci… Wolontariusze robili pacynki z rękawiczek, balony, grali z nimi w warcaby, pionkami były cukierki. Wszystko po to, aby je czymś zająć, dać wytchnienie, namiastkę normalności – uśmiecha się kl. Mikołaj. Wspomina chłopca, który miał tablet i za pomocą translatora próbował z nim rozmawiać. Pierwsze pytanie, jakie zadał, brzmiało: „Czy nie jesteś za bardzo zmęczony?”.

Miejsce skrajnych emocji

Zadaniem kleryków było również zapewnienie uchodźcom poczucia bezpieczeństwa. – Do naszego namiotu, gdzie odpoczywali uchodźcy, wchodziły media. Miałem wrażenie, że niektórzy w cierpieniu ludzi szukali sensacji. Koordynatorka z Caritas Polska przywiozła baner z napisem „Hope” – nadzieja, więc mówiliśmy: Namiot Nadziei. Częste były sytuacje, kiedy swoje żony z dziećmi transportowali do granicy mężowie. Tu się żegnali… Rodziny przekraczały granicę, a ojcowie wracali, by walczyć o wolną Ukrainę. Staraliśmy się być orędownikami nadziei, że po naszej stronie jest bezpieczeństwo, jest pomoc. Wielu z przybyszy było zaskoczonych, że batony, kanapki, zupy i herbaty są za darmo – mówi kl. Marceli.

Granica to miejsce, gdzie mieszają się różne emocje. – Przeżywaliśmy to bardzo, widząc rozdartych wewnętrznie ludzi. Część z nich wiedziała, dokąd zmierza, mając rodzinę czy przyjaciół. Inni kompletnie nie wiedzieli, co mają z sobą zrobić. Do tego bariera językowa. Często uchodźcy mają z sobą jedynie plecak lub reklamówkę z jedzeniem. Namiot Nadziei, który prowadzi Caritas, jest miejscem, gdzie uchodźcy mogą zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy. I rzeczywiście są w nim dary z całego świata. Moment, kiedy oni wchodzą i widzą, że po tamtej stronie granicy musieli walczyć o przeżycie, a tu mogą wszystko wziąć, uświadamiał nam wiele. I częsty obrazek: dziecko wchodzi, leżą wszelkie słodycze, pakuje co się da do kieszeni, a mama mówi: „Wystarczy, zostaw, inni też potrzebują”. Sytuacja wojenna nie pozbawiła ich życzliwości – opowiada ks. Radosław Czerwiński.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama