Nowy numer 20/2024 Archiwum

Gra komunistów z warmińskim Kościołem

Książka "Relacje rządców diecezji warmińskiej z władzami komunistycznymi Polski w latach 1945-1989" wzbudza duże emocje. Jacy byli księża? Lojalni wobec władz komunistycznych, czy wierni Kościołowi? Dlaczego decydowali się na współpracę z komunistami? Kto był agentem, a kto nie? O wydanej monografii naukowej rozmawiamy z autorem dr. Krzysztofem Kierskim.

Krzysztof Kozłowski: Czy nie ma pan obaw, że Pana książka trafi na indeks ksiąg zakazanych?

Krzysztof Kierski: Kiedy przygotowywałem ją do wydania, nawet przez chwilę taka myśl mi nie towarzyszyła. Aczkolwiek teraz, po spotkaniach i toczących się dyskusjach, mam świadomość, że pewne środowiska chwilowo są rozemocjonowane. Ożywiona dyskusja trwa i będzie jeszcze się toczyć. Mam nadzieję, że aż takiego werdyktu się nie doczekam. Przede wszystkim zachęcam do wnikliwego czytania w całości i nie wyszukiwania nazwisk po indeksie osobowym. Pewne konteksty ciągną się przez wiele rozdziałów. Czytanie wyrywkowe jest przede wszystkim ze szkodą dla czytelnika, gdyż może wyciągnąć fałszywe osądy.

To ważne, gdyż pewne osoby mogą wykorzystać tę publikację jako narzędzie do wzbudzania sensacji. Można wyciągnąć dwa zdania z kontekstu i sfałszować prawdę.

Mam taką obawę, choć wiem, że każdy, kto rzetelnie przyłoży się do poznania treści książki, nie narazi się na taki błąd. To jest praca naukowa, która nie omawia stosunków państwo-Kościół w całej diecezji, a relacje najwyższego szczebla - rządców diecezji warmińskiej z władzami komunistycznymi. Nie jest to publikacja, która uderza w Kościół. To absolutnie błędne przekonanie. To książka, która ukazuje Kościół wielki, walczący, ale również wskazuje na słabości pojedynczych kapłanów. Mamy z tym do czynienia w każdej społeczności. Zawsze są osoby, które uległy pokusom, czemu czasem sprzyjała życiowa sytuacja. O takich osobach też piszę, choć to przecież nie wpływa na całościową ocenę Kościoła diecezji warmińskiej, który zniósł bardzo wiele krzywd ze strony komunistów. Tereny diecezji były nazywane przez rządców diecezji warmińskiej, jak i innych członków episkopatu Polski, mianem poligonu doświadczalnego, gdzie komuniści testowali poziom krzywd, jakie może znieść społeczeństwo. To, co się nie udawało komunistom w Polsce centralnej czy południowej, bez problemu przeprowadzali na naszych ziemiach.


Jakie były przyczyny takiego stanu rzeczy?

Po wojnie społeczeństwo Warmii i Mazur nie było skonsolidowane, nie wykształciła się silna opozycja. Kiedy przybywa we wrześniu 1945 r. pierwszy rządca diecezji warmińskiej do Olsztyna, zastaje chaos narodowościowo-religijny. Mamy Niemców oczekujących na wysiedlenie. Mamy czekających na weryfikację narodowościową Warmiaków i Mazurów. Mamy przesiedleńców z Kresów Wschodnich, Białorusinów, Romów i Żydów. A jeszcze w 1947 r. dochodzą przesiedleńcy z Akcji Wisła. To miszmasz kulturowo-religijny. Nie dziwię się, że członkowie Konferencji Episkopatu Polski z kard. Stefanem Wyszyńskim na czele wskazywali, że nasze tereny, to getto katolickie. Tu się testuje pewne metody komunistów i obserwuje, jaka jest skala odbioru, czy są i ewentualnie jak silne występują protesty. Pisząc tę pracę, cały czas towarzyszyła mi specyfika regionu. Mimo że założenia dla polityki wyznaniowej prowadzonej przez komunistów były jednakowe dla całej Polski, to na Ziemiach Odzyskanych pozwalali sobie zdecydowanie na więcej, co widać w sprawozdawczości komunistów. Czytając tę pracę i debatując nad nią, musimy mieć tego świadomość.

Co charakteryzowało relacje komunistów z rządcami warmińskimi? Jakie metody w sposób szczególny wykorzystywali, aby złamać Kościół warmiński?

Kluczem książki są niewątpliwie rozmowy rządców diecezji warmińskiej z komunistycznymi władzami państwowymi oraz ich korespondencja listowna. Rozmowy odbywały się do kilkudziesięciu razy w roku, trwały do trzech godzin, choć są stenogramy spotkań, które trwały sześć godzin. Charakter rozmów i ich specyfika nie były przypadkowe; były oparte na instrukcjach wydawanych przez władze państwowe. Najbardziej znamienną była instrukcja ze stycznia 1961 r., w której Urząd do spraw Wyznań jasno określał, że władze komunistyczne w regionach powinny regularnie zapraszać rządców diecezji, zaproszenie wysyłać z dwutygodniowym wyprzedzeniem, określając cel spotkania po to, aby biskup przybywał przygotowany. Cel wskazywany był oględnie, choćby „omówienie bieżącej sytuacji społeczno-politycznej”, a w rzeczywistości podejmowano inne kwestie, choćby przeniesienia księży, ich wypowiedzi antyrządowe, nawet tych z wiejskich parafii. Co ciekawe, biskup tylko z dwóch powodów mógł odmówić spotkania: choroba i wyjazd poza diecezję. Zapewniam, że nikt nie próbował w tej kwestii prowadzić gry z komunistami. Bezpieka wiedziała niemal wszystko. Mimo że rządcy diecezji nie chcieli być określani mianem polityków, to zmuszeni byli negocjować różne kwestie z władzami państwowymi. To, co dzisiaj odbywa się w ramach prac kurii czy episkopatu, wtedy musiało być częściowo konsultowane z władzami komunistycznymi. Warto przypomnieć dekret z 1953 r. o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Władze komunistyczne muszą wyrazić zgodę nawet na przeniesienie danego księdza z wiejskiej parafii na miejską.

Jak te rozmowy wyglądały?

Powiedzieć, że nie były partnerskie, to truizm. To była nierówna walka, w której zawsze przewagę mieli komuniści. Poza księdzem Stefanem Biskupskim, który rządził diecezją w latach 1953-1956, reszta z siedmiu rządców starała się prowadzić walkę o Kościół. Udaje się im wiele uzyskać, choć w kluczowych kwestiach komuniści byli w stanie wymusić korzystne dla siebie decyzje. Bez podejmowania dialogu z władzami, rządcy diecezji warmińskiej osiągnęliby dużo mniej dla powojennego Kościoła katolickiego na Warmii i Mazurach.

Który z rządców warmińskich wprowadził komunistów w największą wściekłość?

Najbardziej odważnym człowiekiem wydaje się być ks. Adalbert Wojciech Zink, który rządził diecezją warmińską w latach 1951-1953. Mimo że nie posiadał stopni i tytułów naukowych, bardzo dobrze rozumiał system komunistyczny. To był człowiek, który o nic nie prosił komunistów, a jedynie lakonicznie ich informował. Nie zgodził się na obsadzenie kurii „księżmi patriotami”. Wiedział, z jakich środowisk się oni wywodzą i miał świadomość, że będą szkodzić diecezji. A były to lata stalinizmu, ciężki okres dla Kościoła. Swoją odwagę potwierdza jesienią 1953 r., kiedy zostaje internowany prymas Stefan Wyszyński. Wówczas ks. Zink, jako jedyny pozostający na wolności członek episkopatu Polski, nie zgadza się na to aresztowanie i nie podpisuje przedłożonych mu dokumentów. Płaci za to ogromną cenę. Na początku października trafia do więzienia na słynną Rakowiecką w Warszawie. Warunki, w jakich go przetrzymywano, sprawiły, że nabawia się wielu chorób, włącznie z gruźlicą. Wychodzi na wolność na początku 1955 r. Ma zrujnowane zdrowie, co przyczynia się do jego wcześniejszej śmierci. Dużym niechęcią do władz komunistycznych cechował się również bp Tomasz Wilczyński. Zastępuje ks. Stefana Biskupskiego, który był bardzo uległy wobec władz, wręcz inicjował wiele działań szkodzących diecezji warmińskiej. Biskup Wilczyński musi zmóc się ze środowiskiem „księży patriotów”, odsunąć ich od ważnych placówek kościelnych, wymienić kadry w kurii, co mu się częściowo udaje. On czuje, że jest otoczony agentami. Donosy, podłe artykuły nasiąknięte propagandą, które ukazywały się w „Głosie Olsztyńskim”, wpływają na jego zdrowie, co przypłaca zawałem serca. Jako trzeciego wskazałbym na biskupa Jana Obłąka. Jego rządy przypadają na czas stanu wojennego. On udziela realnej pomocy członkom opozycji demokratycznej i ich rodzinom, osobom internowanym i pokrzywdzonym. Biskup Obłąk jest pierwszym biskupem, któremu udaje się wejść na teren ośrodka internowania w Iławie. To był ogromny sukces. On nie bał się interweniować do najwyższych gremiów państwowych. Kiedy jeden z internowanych, Władysław Kałudziński, zostaje pobity w Kwidzynie, biskup poręcza za niego, później interweniuje u ministra sprawiedliwości, a kiedy i to nie przynosi efektu, pisze do samego gen. Czesława Kiszczaka z prośbą o zwolnienie tego człowieka. Biskup nie miał oporów w walce o człowieka represjonowanego przez system komunistyczny. Prawie o każdym z rządców mógłbym powiedzieć, że w pewnych obszarach dobrze przysłużyli się diecezji, zważywszy na ustrój, w jakim przyszło im sprawować urząd.

Parokrotnie padło sformułowanie „księża patrioci”. Ma ono wyraźnie negatywną konotację, choć patriotyzm dziś kojarzy się z bohaterską postawą.

To specyficzny ruch. Nazwa odnosi się do księży, o których wówczas mówiono „postępowi patrioci”, jednak dotyczyło to patriotów mających poszanowanie do ustroju komunistycznego. Oni popierali ten ustrój, współpracowali z nim. Przykre, ale warte wspomnienia i wyjaśnienia jest to, że wśród tej grupy księży bardzo dużo było przedstawicieli duchowieństwa, które doznało represji w okresie II wojny światowej, podczas której nawet bohatersko działali dla sprawy polskiej, niosąc pomoc potrzebującym, będąc więźniami obozów koncentracyjnych czy też doświadczając zesłania na przymusowe prace. Ci ludzie w okresie II wojny światowej mają złamane życie, a po wojnie oczekują na lepszą rzeczywistość. Do nich w sposób przemyślany i podstępny podchodzą komuniści, proponując im lepsze parafie, dotacje, oferując pomoc. Trzeba pamiętać, że częściowo oni wcześniej wszystko stracili, często podupadli na zdrowiu. Niestety, idą na tę współpracę, początkowo nieświadomi, jednak potem zostają w tym ruchu. Jest też grupa księży karierowiczów, którym marzą się awanse, dobre parafie. Jest też i trzecia grupa w tym koszyku, księża, na których władze komunistyczne mają kompromitujące materiały, tzw. haki. Romanse, kwestie homoseksualizmu czy działalność na rzecz Polskiego Państwa Podziemnego, jak np. pomoc żołnierzom Armii Krajowej. To sprzyja komunistom w pozyskaniu księdza na swoją stronę. Jeśli chodzi o województwo olsztyńskie największy szczyt działalności i aktywności tej grupy przypada na okres ks. Stefana Biskupskiego, który sam był członkiem „księży patriotów”, mobilizował do wstępowania w ich szeregi. W szczytowym momencie stanowili oni aż 14 procent stanu duchowieństwa w diecezji. Trzeba też pamiętać, że w okresie sprawowania rządów w diecezji warmińskiej ks. Biskupski był informatorem aparatu bezpieczeństwa, a w latach 1964-1973 był rejestrowany przez Departament IV MSW jako TW ps. „X-1”. Puentą dla jego rządów niech będzie fakt, że w 1954 r. za swoją działalność w diecezji warmińskiej otrzymuje Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

Współpraca różnych osób z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, w tym księży z diecezji warmińskiej trwała do końca lat 80. ubiegłego wieku. Wiele nazwisk, wiele przykładów różnych postaw. Tę historię warto poznać.

Kiedy mówimy o skali inwigilacji diecezji warmińskiej, to była ona ogromna. Przypomnę, że po wojnie do 1965 r., województwo olsztyńskie - obok szczecińskiego i białostockiego - było najbardziej inwigilowanym regionem w Polsce, nasiąkniętym agenturą w największej liczbie. I to nie tylko w Kościele, ale we wszystkich dziedzinach. Ta sytuacja utrzymuje się także po zmianach administracyjnych, kiedy utworzono 49 województw. Tak naprawdę bardzo dobre dotarcie do kurii ma aparat bezpieczeństwa. Wielu księży dziekanów podejmuje współpracę. Oni otrzymywali bieżącą dokumentację z kurii, a na tym zależało funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa czy późniejszej Służby Bezpieczeństwa. Stąd funkcjonariusze nawet tydzień wcześniej wiedzą, co będzie odczytane na niedzielnej Mszy św. w kościołach. Dzięki temu mogą lepiej przygotować się do rozmów z biskupem, przestrzec go z pozycji władz. To ułatwia im prowadzenie polityki wyznaniowej w regionie. Sam aparat bezpieczeństwa bez informatorów nie miałby szans osiągnięcia takiej skali skuteczności działania.

Czy my w ogóle jesteśmy w stanie zrozumieć sytuację tych księży i rządców? To przecież nieustanna gra, dokonywanie wyborów, co jest ważniejsze, a co trzeba poświęcić. Dziś wielu chce ich oceniać. Czy raczej nie powinniśmy skupić się na poznaniu faktów, okoliczności politycznych i społecznych, zamiast na pochopnej ocenie postaw?

W mojej publikacji starałem się zrekonstruować prawdę. Mam nadzieję i wierzę, że udało mi się to zrobić najlepiej, jak było to możliwe, na co pozwalały dostępne źródła archiwalne. Przede wszystkim musimy dobrze przeanalizować treść tej książki i zrozumieć meandry polityki, a dopiero na koniec próbować zbudować sobie ocenę. Myślenie ahistoryczne z pozycji siedzącego na kanapie jest bardzo łatwe, a możemy przecież swoją oceną skrzywdzić. Podczas spotkań staram się wyjaśnić decyzje rządców diecezji i innych kapłanów, choć nie na wszystko pozwalają mi materiały archiwalne, bo często są niepełne. Każdy przypadek zarejestrowania w sieci agentów bezpieki trzeba rozpatrywać indywidualnie. Mógłbym odwołać się do wielu przypadków, kiedy informatorzy początkowo próbują podjąć grę z funkcjonariuszami bezpieki. Ta gra zawsze kończyła się fiaskiem. Niemożliwe było zwycięstwo z funkcjonariuszami bezpieki, tylko niektórzy zbyt późno zdawali sobie z tego sprawę. Myśleli, że oszukają, wprowadzą w błąd, zwiodą i wygrają tę grę. Dlatego najważniejsza jest rekonstrukcja, a później ostrożna ocena. To skomplikowane i trudne kwestie. Mam świadomość tego, że treść książki może wywoływać ekscytacje w niektórych środowiskach, które chciałyby wyszukiwać czarne owce w Kościele. Dlatego zalecam wnikliwą analizę. Nie mogłem w publikacji i badaniach pomijać trudnych spraw, a z drugiej strony nie wydawałem też ocen wobec antykościelnej działalności osób, co do których mam podejrzenia graniczące z pewnością, że byli współpracownikami, co jednak nie znajduje wystarczającego potwierdzenia w źródłach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy