Zapomniani ludzie

Jego świat to trzy metry kwadratowe wyznaczone starymi deskami obitymi kołdrą. Dziś na dachu leży śnieg. Kiedy zacznie topnieć, woda będzie kapała do środka. Tak jest i wtedy, gdy pada deszcz. Jarek mieszka tam zwinięty w kłębek. Na takiej powierzchni nie da się nawet wyprostować nóg. - Do takich osób docieramy z pomocą. To piękni ludzie, którzy zagubili się w życiu. Stracili nadzieję, a my chcemy, w imię Ewangelii, im ją przywrócić - wyznaje Kamil Piotrowski.

W ostatnich dniach spadło mnóstwo śniegu. Jest coraz ciężej. Trudno się idzie w miękkim puchu sięgającym kolan. Do tego trzeba nieść torby medyczne, ciepłe ubrania, trochę jedzenia. Trzeba iść w ciemnościach, oświetlając sobie drogę latarkami, by dojść do ich „domów”. Oni wracają do nich wieczorem. W ciągu dnia zbierają butelki, aluminiowe puszki, złom - wszystko, co wyrzucają ludzie, a co można sprzedać na skupie. Wracają do „domów”, jak Jarek.

- Trzeba było kilku wizyt, żeby przełamał wstyd i zaprowadził nas do siebie. Kiedy widzi się to, jak mieszka, diametralnie zmienia się ta nasza pewność, co człowiekowi do życia jest potrzebne - mówi Kamil Piotrowski, prezes Fundacji Dzieło Miriam. - Narzekania zamieniają się w uwielbienie Boga, że na co dzień obdarza nas nadmiarem, który zbyt często nazywamy niedostatkiem - dodaje.

Jarek mieszka w głębi lasu. Trudno tam dotrzeć. Tak chowa się przed światem, chce być sam, bo się wstydzi swego życia, wstydzi się swojego „domu”, choć to on daje mu schronienie. Mieszka w drewnianym działkowym domku dla dzieci, do którego kiedyś wchodziło się po schodach; teraz tych schodów nie ma, leżą połamane palety, po których wspina się na górę. Nawet nie ma drzwi, tylko wisi szmata w otworze wejściowym. Jego świat, to trzy metry kwadratowe wyznaczone starymi deskami obitymi kołdrą. Dziś na dachu leży śnieg. Kiedy będzie topniał, woda będzie kapała do środka. Tak jest i wtedy, kiedy pada deszcz. Jarek mieszka tam zwinięty w kłębek. Na takiej powierzchni nie da się nawet wyprostować nóg.

- Marzy o jednym, o małym ciepłym pokoju, który jest dla niego nadzieją na zmianę życia, na lepsze jutro. Żeby było ciepło i sucho, żeby można było nogi rozprostować podczas snu, żeby była ciepła woda - przybliża Kamil.

Od lat wolontariusze Dzieła Miriam pomagają bezdomnym. Rozpoczęło się od rozdawania zimą ciepłej herbaty przy Dworcu Głównym w Olsztynie. Później od sobotnich spotkań z bezdomnymi pod olsztyńskim młynem, gdzie otrzymują ciepłe posiłki, rozdawane są ubrania i tak cenne dla bezdomnych buty. Od niedawna fundacja podjęła kolejną inicjatywę - raz w tygodniu jeżdżą do koczowisk, by tam pomagać biedakom.

Zapomniani ludzie   Co sobota pod olsztyński młyn przychodzi do stu bezdomnych, którzy otrzymują na miejscu pomoc: ciepły posiłek, ubrania i opiekę medyczną. Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

 - Oni mieszkają w takich miejscach, gdzie nie dojedzie się zwykłym samochodem. Czasem trzeba dojść na piechotę, bo w ogóle nie da się dojechać. I do takiego miejsca docieramy. Są to tereny zwykle opuszczone, stare działki, miejsca w głębi lasu. Takie punkty ogólnie trudno dostępne, ciemne, z trudnymi drogami, błotnistymi. Mieszkają w opuszczonych altanach, w prowizorycznych namiotach - przybliża Kamil.

Tak trafili do Krzyśka, który powiedział, że ma kolegę Jarka. Jarek ma głębokie rany na nogach. Nie goją się. Źle to wygląda. - Nie ukrywam, że my tę nogę opatrujemy na takiej drodze działkowej, która jest po prostu w błocie. Na pierwszej wizycie Jarek siedział na bagażniku. Ja przed nim klęczałam na folii i tę nogę opatrywałam - wspomina Joanna Szwedo, ratownik medyczna, która włączyła się w niesienie pomocy bezdomnym.

- Warunki są bardzo trudne. Właściwie nie ma miejsca takiego, gdzie można by było z tym człowiekiem pójść i mu tę ranę opatrzyć. Krzysiek mieszka w takich warunkach, że mówi do mnie: „Tu się nie da wejść, żeby tę ranę opatrzyć”. U niego faktycznie jest tylko legowisko i jest stół. Nie ma miejsca, żeby ktoś mógł wejść i się nawet obrócić. Oni w fatalnych warunkach mieszkają. Stąd też potrzebne jest takie miejsce, gdzie można by było chociażby te czynności medyczne wykonać; przy świetle, w suchym miejscu, w miarę czystym. Bo na tę chwilę, tak jak mówię, to jest albo taka droga na działce, albo błoto, mokro, grząsko, ciemno - przybliża Joanna.

Zapomniani ludzie   Jarek przez wiele miesięcy żył zapomniany w swoim malutkim domku. Dziś docierają do niego wolontariusze Dzieła Miriam. Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

Jeżdżą ekipą pięcioosobową wieczorem i wszystko robią przy lampach. - Musimy wjechać w teren, który jest ciężki do przejścia, do przejechania samochodem. Musimy jeszcze dostać się do ludzi, którzy żyją gdzieś tam na końcu jakichś działek i lasów. Wybierają miejsca, gdzie się czują bezpiecznie, że inni ludzie do nich dotrzeć nie mogą. Po prostu, żeby ktoś im krzywdy nie wyrządził - wyjaśnia Kamil.

Obecnie jeżdżą w pięć osób prywatnym samochodem Kamila, a marzy im się samochód przystosowany do zadań, które wykonują: z napędem na cztery koła, z agregatami prądotwórczymi, oświetleniem zewnętrznym, z wnętrzem, które można dostosować do konkretnych potrzeb, choćby niesienia pomocy medycznej, czy transportu bezdomnych.

- Potrzebujemy tak naprawdę samochodu, którym będziemy mogli tych ludzi transportować, w którym będzie punkt medyczny, że Asia w normalnych warunkach będzie mogła udzielać pomocy. Samochodu, którym będziemy mogli taką osobę zawieźć albo do noclegowni, albo do szpitala. Są sytuacje, kiedy ci ludzie po prostu w koczowiskach umierają i nikt o nich nie pamięta, a czasami nawet nikt o nich nie wiedział, że istnieją - podkreśla Kamil.

- I to jest właśnie przykre, że jest tyle tych ludzi. Mamy na dzień dzisiejszy jeden teren w okolicach Olsztyna zbadany. Tam jest sześć, może siedem osób. Ale wiemy, że jest tych miejsc dużo więcej i chcemy po prostu do tych miejsc docierać. Nikt do tych ludzi nie dociera, bo się pytaliśmy. A są to osoby, które są załamane i tak naprawdę one nie mają czasem siły wstać. To są osoby, które miały ogromne traumy i są po ogromnych przeżyciach. Też ich nie chcemy oceniać, że piją alkohol, bo to też w jakimś stopniu jakby daje im ukojenie, a i chroni przed zimnem - mówi Joanna.

Zapomniani ludzie   Samochód potrzebny jest m. in. do transportu ubrań, które otrzymują bezdomni. Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

Każda kolejna wizyta u bezdomnych powoduje, że oni nabierają zaufania do wolontariuszy. Chętniej rozmawiają, a nawet przyprowadzają innych. - Pierwsza wizyta, mieliśmy tamtego Krzyśka i przyszedł Jarek. Przyszła jeszcze jedna pani. Co kolejny nasz przyjazd, ich wychodzi w lasu i działek coraz więcej. Oni tam mieszkają, my wiemy, że oni tam są, na tych działkach. Zobaczyli, że przyjechał ktoś, kto niesie pomoc. Kto robi opatrunek. Da ciepłe buty, kurtki. I okazuje się, że jest więcej zapomnianych ludzi w tamtych okolicach. Mają domki z dykty. Pozarywane stropy; w każdej chwili dach może na nich spaść. Kapie z tych dachów. Śpią na prowizorycznych materacach, na kołdrach. I wszędzie wilgoć. Mają mokre ubrania, mokre buty. W takich warunkach żyją - opisuje Joanna.

Kamil zauważa, że coraz częściej osoby, które odwiedzają, przychodzą w soboty pod olsztyński młyn. Dowiedzieli się, że tu można otrzymać ciepły posiłek, zapasy jedzenia, odzież zimową i buty. - Jarek, którym się teraz Asia opiekuje, któremu opatruje nogi, też zaczął przychodzić pod młyn. Już sześć razy miał zmieniany opatrunek. Jego noga wygląda fatalnie. Niemalże kość ma na wierzchu. Skóry nie ma w tym miejscu, a wokół rany skóra jest zakażona - przybliża Kamil.

U osób bezdomnych jedną z poważniejszych dolegliwości są problemy ze stopami, z nogami. Oni mają buty albo przemoczone, albo nietrzymające ciepła. Stopy niedomyte, pokaleczone. - Oni się źle odżywiają. Piją alkohol. To wszystko wpływa na to, że te rany się pojawiają. Są niedokrwienia, są zakażenia skóry, a rany są raczej źle rokujące. I na pewno przysparzają im silnego bólu - opisuje Joanna.

Zapomniani ludzie   Największym problemem są niegojące się rany na nogach. Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

By wolontariusze mogli nieść nieustanną pomoc, nowy samochód, czyli mobilne centrum pomocy, jest niezbędny. - Będzie on nam służył również do transportowania bezdomnych po Polsce do ośrodków terapii uzależnień przez nas wybranych. Przede wszystkim do ośrodków katolickich. Oni się zgadzają na terapię. Wiele lat pracowaliśmy z tymi ludźmi na ulicy, a oni nam ufają. Nawiązały się relacje, te relacje są już takie ciepłe, pozytywne. I teraz jest możliwość zrobienia kolejnego kroku, czyli na przykład właśnie podjęcia terapii. Stąd auto musi mieć możliwość przesuwania siedzeń. Chcemy też nim dowozić przygotowane posiłki pod młyn, przywozić ubrania. Rozpoczęliśmy zbiórkę pieniędzy na samochód, który kosztuje ponad trzysta tysięcy złotych. Wierzymy w to, że jeżeli to jest dzieło Boże, to tę kwotę uzbieramy - stwierdza z optymizmem Kamil. (zobacz zbiórkę)

Fundacja zawierzona jest Matce Bożej - stąd Dzieło Miriam. Ściśle współpracuje z franciszkanami z Kościoła Chrystusa Króla Wszechświata na Zatorzu. Zakonnicy uczestniczą w spotkaniach z bezdomnymi. - Wszystko robimy w imię Ewangelii. Bezdomni zaczęli się z nami modlić pod młynem. Każda osoba, do której przyjeżdżamy w tych ciemnościach, z tymi latarkami na głowie, idąc po błocie, dostaje Cudowny Medalik, czyli Medalik Niepokalanego Poczęcia. Zawierzamy taką osobę Niepokalanemu Sercu Maryi. Jezus nam powiedział i nieustannie mówi: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszym, Mieście uczynili”. Fundamentem naszej siły jest wiara i modlitwa. Myślę, że oni to widzą, dlatego otwierają się i przychodzą pod młyn, mają do nas zaufanie - uważa Kamil.

Zapomniani ludzie   Wolontariusze nakładają bezdomnym Cudowny Medalik, prosząc ich o podjęcie modlitwy i zawierzenie się Matce Bożej. Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

Niektórzy zaczynają się modlić po wielu latach. Ci ludzie nie szukali nadziei w Panu Bogu. Szukali po swojemu. Wybierali złe kierunki. - Dowiadują się i doświadczają, że tylko w Panu Bogu jest nadzieja, że tylko w Nim można to zdobyć - mówi Kamil. I takiej modlitwie często towarzyszą łzy. Ich łzy są z pewnością prawdziwe, pełne smutku, goryczy, pełne straconych szans i złych wyborów.

Kamil wspomina spotkanie sprzed trzech tygodni. Ponad 70 bezdomnych, jeszcze śniegu nie było, ani mrozu, wszyscy wraz z wolontariuszami stoją w błocie. Ciepłe posiłki już czekają na stole, ale każde spotkanie rozpoczyna się modlitwą, trzeba poczekać. I rozpoczęli modlitwą zawierzenia życia Chrystusowi, którą prowadził o. Rafał Gappa OFM.

- Oni głośno wyznawali: „Tak, chcę”. Usłyszeli, że dostali kierownicę życia i źle pojechali, tak znaleźli się na ulicy. Padło pytanie, kto chce oddać kierownicę swojego życia Chrystusowi. Wielu z serca aktem woli powiedziało: „Oddaje się Panu Bogu”. To jest takie istotne, żeby z Ewangelią iść do bezdomnych, żeby w tym dziele jak najmniej było nas samych, a jak najwięcej Pana Boga w tym wszystkim. I to jest, myślę, bardzo istotne - dodaje Kamil.

Zapomniani ludzie   Wolontariusze pod młynem rozdają również zapasy żywności. Ekipa wyjeżdżająca co tydzień do koczowisk również ma z sobą żywność, by przekazać ją koczującym. Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..