Z pewnością rodzice są pierwszymi misjonarzami, których spotyka ich dziecko w życiu. Potem towarzyszą mu na kolejnych etapach dojrzewania wiary. O wspólnej wędrówce z Jezusem, drodze krzyżowej dla bierzmowanych i zaproszeniu Boga opowiada Magda Orlankowicz, założycielka wspólnoty Róż Różańcowych Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.
Krzysztof Kozłowski: Już niedługo w modlitewniku dla kobiet znajdą się Twoje rozważania różańcowe.
Magdalena Orlankowicz: Odkąd prowadzę wspólnotę Róż Różańcowych Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, czyli ponad siedem lat, przygotowywałam rozważania różańcowe na nasze spotkania. Pisałam je w kontekście tego, co mnie dotyka, co w danej chwili dzieje się we wspólnocie, w rodzinie. Pisałam to do szuflady, bo nigdy tego nie publikowałam. Podczas zeszłorocznego spotkania kobiet w Gietrzwałdzie gościem była Ewelina Chełstowska. Na to spotkanie napisałam rozważania dla kobiet. Ewelina podeszła do mnie po modlitwie różańcowej i powiedziała, że jeszcze nigdy nie słyszała tak pięknych rozważań. Poprosiła, bym udostępniła je do jej modlitewnika. Pomyślałam, że przecież muszę je sprawdzić teologicznie, bo w takiej sytuacji potrzebuję imprimatur. Ale się zgodziłam. Ta sytuacja utwierdziła mnie, że to, co piszę, powinno wychodzić do szerszego grona, nie powinnam tego zostawiać dla siebie, dla wspólnoty. Widocznie Pan Bóg inaczej to sobie wymyślił.
Skąd natchnienie, żeby napisać rozważania drogi krzyżowej dla młodzieży przygotowującej się do bierzmowania?
Uczęszczam do szkoły dla katechistów. Omawiamy tam m. in. sakramenty. Ponadto moja córka w tym roku idzie do bierzmowania. Ten fakt mocno rezonuje w moim życiu, a skoro coś w moim życiu się dzieje, to czuję do tego zaproszenie. Z Natalią szukałyśmy modlitwy, prośby o natchnienie, jakiego patrona wybrać na ten sakrament. Nic takiego nie znalazłam, więc zaczęłyśmy się modlić własnymi słowami, że Duchu Święty przyjdź, wskaż, pokaż. Pomyślałam, że jest pustka w tej przestrzeni. W szkole dla katechistów dostaliśmy mnóstwo materiałów do przygotowań dla dzieci do bierzmowania. Pokazałam je córce, ale okazało się, że to wszystko napisane jest językiem nie dla młodzieży. Wszystko poprawne teologicznie, bardzo piękne, wzniosłe, ale w świecie, w którym młodzi są teraz, nie zatrzymywało to jej. Brzmiało obco. Pomyślałam, że wejdę w jej emocje i napiszę takie rozważania różańcowe, które mówią o tym, co się u młodych w duszy dzieje. Opracowałam też katechezę pod kątem jednego rozważania, zesłania Ducha Świętego. „Przećwiczyłam” to na swojej córce. Okazało się, że to strzał w dziesiątkę, że naprawdę ją to dotyka, że wchodzi w to, że nie odmawia tylko modlitwy, nabożeństwa, tylko po prostu tego doświadcza. Postarałam się o imprimatur. A ksiądz pyta: „A czemu nie napisać drogi krzyżowej?”. Do tej pory pisałam wyłącznie rozważania różańcowe, nigdy drogi krzyżowej nie napisałam.
Mimo tych wątpliwości zdecydowałaś się je napisać.
Tak, bo odczytałam to, jako zaproszenie od Pana Boga. Zaczęłam je pisać dla mojej córki, dla młodych. Opracowałam też katechezę do drugiej stacji, kiedy Jezus bierze krzyż. To była Jego świadoma decyzja, jak świadoma powinna być decyzja młodego o przyjęciu sakramentu bierzmowania, że to jest początek jego drogi, a nie koniec. W ogóle droga krzyżowa jest bardzo trudna, choć ukazuje ogromną miłość Boga do człowieka. Tu również otrzymałam imprimatur. Każdy może otrzymać te rozważania.
Co było najtrudniejsze? Może coś Cię dotknęło? Może sama coś odkryłaś, pisząc te rozważania?
Dla mnie w ogóle przeżycie drogi krzyżowej jest ciężkie, żeby iść z Jezusem. Zawsze przeżywałam ją na poziomie Matki Bożej, jak matka patrzy na syna, na dziecko. A myśląc o młodym człowieku weszłam bardzo w tę delikatność. To cierpienie, które Jezus przeżył, zrozumiałam, jak ogromną wartość ma ono w miłości, że miłość jest większa niż cierpienie.
Co powiedziała twoja córka o tych rozważaniach? Imprimatur Kościoła to imprimatur Kościoła, ale imprimatur córki?
Dopytywała mnie: „Masz już gotowe? Chcę z koleżanką je przeczytać”. To była dla mnie największa nagroda, ta jej gotowość i ciekawość. Potem stwierdziła, że tak, te rozważania dotykają ją i jej koleżanek. Są dla nich, mówią o ich.
Jak to jest ważne, żeby być przy dziecku, które przygotowuje się do sakramentu bierzmowania?
Jako rodzic zadawałam sobie pytanie, czy ona naprawdę jest gotowa? Czy ona ma świadomość, co się dzieje podczas zesłania Ducha Świętego? Bałam się tego. Natalia była przeziębiona i nie poszła na niedzielną Eucharystię. Kiedy wróciliśmy z mężem do domu, zapytała, jaka była Ewangelia. Powiedzieliśmy jej. „Szkoda, że ją przegapiłam. To moja ulubiona” - powiedziała. To były słowa, które we mnie i w moim mężu tak wybrzmiały, że to jest odpowiedź, że ona jest gotowa. To nas utwierdziło w przekonaniu, że bez znaczenia są tysiące podpisów w książeczce z obowiązkowych Mszy św., spowiedzi i nabożeństw; znaczenie ma serce gotowe na spotkanie z Bogiem w sakramencie bierzmowania. A nasza córka ma ulubiony fragment słowa Bożego!
Obecny Rok Duszpasterski podkreśla: „uczniowie-misjonarze”. Czy rodzic powinien być pierwszym misjonarzem, którego w życiu spotyka dziecko?
Dokładnie tak, choć jest to niezwykle trudne. Łatwo jest wypowiadać wielkie i piękne słowa, trudniej jest świadczyć życiem o ich prawdzie. Dla mnie przede wszystkim najważniejsze jest to, żeby pokazać dzieciom, czym jest wiara. Pan Bóg oddał nam je, żeby je wychować, wskazać kierunek drogi życia, więc czuję odpowiedzialność. Wiem, że zrobią krok naprzód, potem trzy do tyłu, dwa do przodu. Dla mnie ważne jest to, żeby im pokazać, że możesz tak iść, bo obok ciebie idzie Jezus.