• facebook
  • rss
  • Modlitwa między skokami Małysza

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 02/2013

    dodane 10.01.2013 00:00

    Kolęda. Idą, by nieść Boże błogosławieństwo. Przemierzają chodniki, wiejskie drogi, wspinają się po schodach, pukają do drzwi, które coraz częściej są przed nimi zamknięte. Wielu zastanawia się, po co?

    Kolęda w przemyśleniach wiernych ma różne aspekty. Dla niektórych jest to po prostu coroczny zwyczaj. Inni uważają, że jest to okazja do zbierania pieniędzy. Niektórzy wykorzystują ten czas, by wytykać kapłanom tradycjonalizm Kościoła. Wielu nie ma żadnych oczekiwań – ot, takie przelotne spotkanie, obowiązek, który trzeba wypełnić, bo nigdy nie wiadomo: nie daj, Boże, pogrzeb, może będę chrzestnym, niedługo dziecko idzie do Pierwszej Komunii, musi mieć wpis z wizyty duszpasterskiej w zeszycie z religii. Są i tacy, którzy w tym czasie po prostu wychodzą z domu, by kapłan nikogo nie zastał. Jednak mało kto uświadamia sobie, że podczas kolędy zdarzają się cuda, piękne świadectwa wiary i ciche powroty do Boga.

    To był szok

    W życiu każdego kapłana zdarzają się takie wizyty duszpasterskie, które pozostają głęboko w sercu. Wprawdzie – jak twierdzą – każda jest ważna, bo nikt nie wie, kiedy zasiane słowo i błogosławieństwo przyniosą plon, jednak są pośród nich te, które uświadamiają, jak ważna może być każda rozmowa. – Jedna z kobiet zaczęła mówić, stając w prawdzie, o swoich relacjach z Bogiem. Że jest niby wierząca, ale się zagubiła. Jednak czuje jakąś potrzebę. Mówiła o sobie długo, o wątpliwościach, tej dziwnej obojętności, która w niej jest. Mnie zaintrygowało to, że na palcu miała tzw. magiczny pierścień Ariadny. Zacząłem delikatnie o nim mówić, jak on się ma do naszej wiary. Ona była nieco zdziwiona, bo nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. „Ale przeszkadza mi to, że mnie nie ma w kościele, że odpuszczam sobie niedzielną Mszę św.”. Zaczęła sobie wtedy sama odpowiadać na pytanie, kim jest dla niej Jezus Chrystus. Ściągnęła ten pierścień i wrzuciła do kosza. „I niech ksiądz nie myśli, że wyciągnę go, kiedy ksiądz wyjdzie” – stwierdziła. Dla mnie to był szok. Bo przecież otwierała mi drzwi kobieta, którą dosięgła oziębłość wiary, żaląca się na samą siebie. Wtedy pomyślałem, że to Boże błogosławieństwo, że ono – mimo swojej prostoty – jest nadzwyczajne. I takich kolęd jest z pewnością bardzo dużo – mówi ks. Krzysztof Niespodziański z Rychnowa i podkreśla, że spotkania z ludźmi pozwalają na obalenie wielu mitów, jak i na uświadomienie im nauki Kościoła. – Często rzucamy gromy z nieba na tych, którzy żyją w związkach niesakramentalnych, choć mogą wziąć ślub. Kolęda jest właśnie czasem na to, by usiąść z nimi i porozmawiać. Oni tak żyją, bo nie widzą w tym nic złego. Dlaczego? Bo tego nie rozumieją. I trudno ich za to winić. Naszą rolą jest, byśmy im to wytłumaczyli. I zanim zdążymy się pomodlić, już leci na nas oskarżenie, że Kościół ich nie rozumie, że nie rozumie współczesnego człowieka. Wtedy tłumaczę, w czym jest problem, jak go rozwiązać. Jeśli jest faktyczna przeszkoda sakramentu, trzeba ukazać im, jak z tym żyć, będąc w Kościele. I nagle oni widzą, że to jest wszystko klarowne i logiczne. Szatan to wykorzystuje: „Bo co, nie możesz przystępować do Komunii, daj sobie spokój, oni cię nie chcą”. Miałem sytuację, kiedy podczas rekolekcji wielkopostnych podeszła do mnie para, tłumacząc, że nie mogą przystąpić do sakramentu pojednania, bo jest przeszkoda, ale mają tego świadomość. Kiedy był ksiądz po kolędzie, wszystko im wyjaśnił. Teraz chodzą na Msze św., a dziś proszą o błogosławieństwo. Jacy wielcy ludzie! – mówi ks. Krzysztof.

    Po latach

    – Dla nas, kapłanów, jest to piękna praktyka spotkania z rodziną. Kiedy duszpasterz poznaje jej sprawy, warunki życia, może szczerze porozmawiać. Z drugiej strony jest to okazja dla wiernych, by lepiej poznali swojego kapłana. Bo przecież najczęściej widzimy się jedynie na niedzielnej Mszy św. – mówi ks. Andrzej Adamczyk ze Stanclewa. I wspomina kolędy, kiedy śnieg zasypał wszystkie drogi, a gospodarze przewozili go z domu do domu saniami. Bo kolęda na wsi jest inna niż w mieście. – Choć wiele zależy od rodziny – podkreśla. Pamięta wiele wizyt duszpasterskich, które były dla rodzin, jak i dla niego, bardzo ważne. – Kiedyś trafiłem po kolędzie do starszej pani, która – witając mnie – stała już w progu domu, cała we łzach. Okazało się, że od kilkudziesięciu lat ta rodzina nie przyjmowała kapłana, ponieważ mąż nie życzył sobie tego. Kiedy zmarł, ona mogła w końcu przyjąć w domu kapłana. Pokazała obrus ukazujący „Ostatnią Wieczerzę”, podkreślając, że jest to ich prezent ślubny. Z wielką radością, po tych trudnych latach, kiedy ksiądz jedynie przechodził obok ich mieszkania, mogła go przyjąć. Była to niezwykle wzruszająca chwila – wspomina ks. Andrzej. Podkreśla, że chyba najtrudniejsze jest wysłuchiwanie ludzi, którzy wypowiadają niesprawiedliwe opinie wobec Kościoła i kapłanów. Ale te spotkania umożliwiają poznanie myślenia ludzi, którzy są w Kościele, ale są zagubieni w ogromie opinii wygłaszanych przez innych. – Wtedy wiele trzeba tłumaczyć, bo niektóre rzeczy są niezrozumiałe, niewyjaśnione. Jest to o tyle cenne, że te wypowiedzi są szczere, wynikają z osobistego przeżywania wiary – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół