• facebook
  • rss
  • Bije we mnie warmińskie serce

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 22/2013

    dodane 30.05.2013 00:15

    Gronity. „Chwalcie, łąki umajone. Góry, doliny zielone…”, zaśpiewali. Zdało się, że słowa płyną polną drogą, przez łąki, odbijają się echem od ściany odległego lasu.

    Maj – najpiękniejszy miesiąc roku, kiedy przyroda mieni się świeżą zielenią, barwne kwiaty ścielą się na łąkach, a ptaki od rana budzą świat swymi trelami. Oczywiście tego nie widać tak dobrze w mieście, ale na wsi, patrząc na pola, łąki i jasne smugi brzóz odcinających się od ciemnej zieleni świerków i sosen, człowiek wie, że rodzi się nowe. Wiedzą to również mieszkańcy Gronit, niewielkiej wsi wciśniętej między warmińskie pagórki.

    Warto robić

    Maj jest miesiącem poświęconym Maryi Matce. W kościołach odbywają się nabożeństwa majowe. A tam, gdzie nie ma kościołów, są przydrożne kapliczki i krzyże, wokół których gromadzą się ludzie i z książeczkami w dłoniach śpiewają Litanię Loretańską. Czasem wydaje się, że ta tradycja zanika, ale tylko dlatego, że tak mówią niektórzy, że media chcą już na zawsze pogrzebać obrzędy związane z naszą wiarą. Jednak jeżdżąc po Polsce, można przekonać się, że ciągle przy krzyżach spotykają się ci, dla których maj to miesiąc maryjny. – Kiedy wracałam z jakiejś wycieczki czy pielgrzymki, widziałam kobiety przy krzyżu. Stały z książeczkami. Modliły się. Rok temu zadzwoniłam do koleżanki. Odpowiedziała, że wraz z chórem mogą przyjechać do Gronit, aby wspólnie się pomodlić, pośpiewać maryjne pieśni. Rok temu przyjechali pierwszy raz. Zebraliśmy się przy krzyżu. Czy pan wie, co to znaczy dla nas, dla ludzi? Ludzie w mieście nie doceniają pewnych rzeczy. A mieszkańcy wsi doceniają. Warto to dla nich robić – mówi kronikarka Stowarzyszenia „Garian” Małgorzata Zdunek. – Osiedliłam się w tym miejscu trzynaście lat temu. Tu mieszkają wspaniali ludzie. Wiele dla wsi zrobił były sołtys Józef. My, jako stowarzyszenie, staramy się działać od strony duchowej. Jak tu zamieszkałam, zaczęłam interesować się historią wsi. I chociaż nie jestem rodowitą Warmiaczką, utożsamiam się z tym miejscem. Bije już we mnie warmińskie serce – wyznaje.

    Po latach

    Późnym popołudniem w świetlicy wiejskiej coś zaczyna się dziać. Grupa osób krząta się po izbach. Przestawiają krzesła, pod oknem stawiają stół. Przykrywają go białym obrusem, na podłodze stawiają dzban z kwitnącym bzem – białym i fioletowym. Do drugiej izby znoszą ciasta, owoce i słodycze. Inni stoją przed budynkiem, by przywitać kolejnych gości. – W porównaniu z zeszłym rokiem to spotkanie będzie jeszcze piękniejsze. Przyjadą nasz dawny proboszcz ks. Eugeniusz Izdebski, który przez dwadzieścia jeden lat był proboszczem w Dajtkach, oraz chór z parafii pw. bł. Franciszki Siedliskiej w Olsztynie. W naszej świetlicy wiejskiej, którą mamy od dwóch lat, odbędzie się Msza św. A tu, pod krzyżem, będzie majowe – mówi Małgorzata, wskazując na wysoki drewniany krzyż. Księdza Izdebskiego przywiózł Zdzisław Uzarski. Wiele lat temu był ministrantem i posługiwał do Mszy św. Wraz z Józefem Grzeszczukiem, byłym sołtysem, obwieźli księdza po wsi. – Od momentu kiedy odszedł z parafii, żaden ksiądz tu nie zaglądał. A to już wiele lat. Wtedy Gronity były małe, stara wieś, osady leśne. Dużo się jednak zmieniło. Pokazaliśmy nowe domy, odremontowaną przez nas kapliczkę, zadbany cmentarzyk z czasów II wojny światowej w lesie, nowy plac zabaw. Ksiądz był zaskoczony, że tak się wszystko zmieniło. Pochwalił, że dobrze gospodarowaliśmy, że wszystko zadbane – mówi Józef.

    W największym pokoju

    Spotkanie modlitewne rozpoczęło się od Mszy św. w wiejskiej świetlicy. Eucharystię odprawił ks. Eugeniusz Izdebski, który dawniej przez wiele lat służył mieszkańcom tej wioski. – Ksiądz Izdebski odprawiał Msze św. w kaplicy, w budynku, którego już nie ma. Starsi ludzie nie musieli iść do Dajtek pieszo. Udogodnienia robił ksiądz dla nas, jakie tylko mógł. Poświęcając swój czas i zdrowie, bo przecież przychodził do nas pieszo. Wszyscy wspominamy go niezwykle ciepło. Ludzki człowiek. Wyjątkowy. Lgnęliśmy do niego. Od jednego dostał, drugiemu dał. Pamiętam pierwszą kolędę, kiedy sprowadziłem się tu z rodziną. Był to 1982 r. Wiadomo, modlitwa, potem koperta. A tutaj ksiądz mówi, że nie chce pieniędzy, że to właściwie on powinien nam kopertę dać, bo jesteśmy na dorobku. Człowiek niespotykany – mówi Józef Grzeszczuk. – Ja się tu wżeniłam. W 1979 r. wyszłam za mąż za Henryka. Moja teściowa właściwie to prowadziła. Największy pokój stał cały czas pusty. W nim ołtarz. Były konfesjonał i ławka do Komunii. W tym pokoju odbywały się też lekcje religii. Ksiądz Izdebski przychodził z reklamówką słodyczy. Dzieci po szkole szybko biegły do niego. Mile to wspominam – podkreśla Elżbieta Schulz.

    Najpiękniejsza wioska

    Ksiądz Eugeniusz Izdebski przyszedł do Dajtek z parafii św. Jakuba w Olsztynie w 1969 r. – Wówczas w Dajtkach mieszkało 628 osób, do kościoła chodziło 70–80. Była straszna bieda. Jeden pogrzeb na rok. Jeden ślub na rok. Trzy chrzty. Taca bardzo mizerna. Jeździłem wówczas do rodzinnych stron, do pracy fizycznej, żeby trochę dorobić. Wtedy pomyślałem, że trzeba do parafii dołączyć choćby ze dwie wioski. Myślałem o Granitach i Kudypach. Początkowo biskup nie chciał, ale w końcu się zgodził. Przyjechałem do Gronit, żeby porozmawiać z ludźmi. No, nie bardzo chcieli zmieniać parafię. Żeby ich zjednać, założyłem u państwa Schulzów kaplicę. Piękny duży pokój. Pani Schulzowa miała przez to sporo kłopotów. Bo nie wolno było. Ale zrobiliśmy to, że niby dla chorych. Potem załatwiłem ołtarz z kościoła garnizonowego, który umieściliśmy w pokoju. Następnie stacje drogi krzyżowej, konfesjonał. I tak się do siebie przywiązaliśmy – wspomina ks. Eugeniusz. Podkreśla, że wiele zawdzięcza mieszkańcom Gronit. – Mam już ponad 50 lat kapłaństwa. I ze wszystkich wiosek, w których pracowałem, to najpiękniejszą wioską są te nasze ukochane Gronity. Zaraz udowodnię, dlaczego. Kiedyś malowaliśmy kościół w Dajtkach. Przyjechało z Elbląga szesnastu robotników. A mięso na kartki. Jak ich teraz wykarmić? Wtedy sołtys, pan Józek, przyjechał do mnie. „Myśmy postanowili w Gronitach, że tucznika dostarczymy”, powiedział. Tego się nie spodziewałem. Rozebrali mięso, zrobili wyroby, szynki i kiełbasy. Robotnicy przez miesiąc mieli co jeść. Albo zbliżała się kolejna zima. Nie było czym palić. Właśnie z Gronit przywożono mi drewno. Największą pomoc miałem zawsze stamtąd – opowiada ks. Izdebski i podkreśla, że jest niezwykle szczęśliwy, iż po 23 latach mógł tu przyjechać, odprawić Mszę św., jeszcze raz podziękować mieszkańcom za dobro, którego od nich doświadczył.

    Jeszcze możemy

    Po Mszy św. wszyscy udali się pod pobliski krzyż, żeby odśpiewać nabożeństwo majowe i maryjne pieśni. Po nabożeństwie odbyło się spotkanie w świetlicy. Były ciasto upieczone przez gronitczanki, kanapki i ziołowa herbata przygotowana przez panią prezes Stowarzyszenia „Garian” Ewę Jaczek-Hrabik. Nie zabrakło rozmów i kolejnych wspomnień. Przez otwarte okna do świetlicy dobiegały odgłosy zasypiającej przyrody. – Chcemy zachować to, co jeszcze możemy, żeby ludzie nie byli znikąd. W mieście człowiek jest anonimowy, na wsi nie – mówi pani Małgorzata.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół