• facebook
  • rss
  • Koloratka na murawie

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 27/2013

    dodane 04.07.2013 00:00

    Ojciec Ryszard Gamański SVD. W swoim życiu połączył dwie miłości: do Pana Boga i piłki nożnej. Zapewne dlatego na obrazku prymicyjnym napisał: „Błogosław, Boże, rodzicom, rodzeństwu i tym, którzy dopomogli mi dojść do kapłaństwa, oraz sportowcom”.

    To był niezwykły talent. Kiedy, będąc młodym chłopakiem, biegał po boisku, dało się zauważyć, że ma to coś, co niektórzy nazywają iskrą Bożą. Później przeszedł wiele staży trenerskich w dobrych klubach i szkołach piłkarskich, m.in. w Brazylii w Pereira, w Argentynie w Boca Juniors, w Anglii w Chelsea, Arsenalu Londyn, Liverpoolu, w Holandii w Royal Netherlands Football Association – KNVB. W Polsce współpracował z bramkarzem i trenerem Hubertem Kostką i Kazimierzem Górskim. Wraz z reprezentacją Górskiego był na mistrzostwach świata w Niemczech i Argentynie. Kochał piłkę nożną. Ale nie była to jego największa miłość. Bo ponad wszystko pokochał Boga i Jemu poświęcił swoje życie. „Ktoś powiedział o moim życiu, że realizuję trzy powołania: księdza, piłkarza i trenera. To ładnie brzmi. Aby to potwierdzić, można przywołać przypowieść z Ewangelii, która mówi o tym, że Bóg ludziom daje różne talenty w konkretnym czasie. Ktoś otrzymał jeden talent, ktoś inny dwa, a jeszcze inny pięć. Można powiedzieć, że we mnie realizowały się trzy powołania, a więc trzy talenty jednocześnie. Cieszę się z tego potrójnego powołania” – pisał o sobie o. Ryszard Gamański SVD.

    Włosy na dłoni

    Urodził się 29 listopada 1939 r. w Zielonej (dziś Żuromin), pow. Mława. W 1946 r. rodzina Gamańskich zamieszkała w Księżym, a w 1947 r. przeniosła się do Nidzicy, tam też późniejszy kapłan chodził do szkoły podstawowej. Był ministrantem w parafii św. Wojciecha. – Ryszarda poznałem w pierwszej klasie podstawówki, czyli w 1949 roku. Wtedy też zostałem ministrantem. Ksiądz kupił nam piłkę. Za kościołem była ścieżka. Tam, po wieczorowych Mszach św., do późna graliśmy w piłkę. Ryszard był starszy i już wtedy bardzo dobrze mu to szło. Pamiętam, że często graliśmy we trzech przeciwko niemu – wspomina jego przyjaciel Jerzy Krakowiak. Ale wraz z miłością do futbolu w duszy Ryszarda rosło powołanie, choć dla niektórych było to raczej nierealne marzenie młodego, nieco krnąbrnego człowieka. Kiedy nauczyciel Stanisław Czyżyk w siódmej klasie pytał po kolei wszystkich uczniów, kim chcą być w przyszłości, Ryszard powiedział, że chce być księdzem. Wtedy ten wobec całej klasy powiedział: „Prędzej urosną mi włosy na dłoni, niż ty zostaniesz księdzem”. Po szkole podstawowej (1954) chciał uczyć się w liceum ogólnokształcącym w Nidzicy. Nie przyjęto go jednak do tej szkoły, gdyż wiedziano, że chce w przyszłości zostać księdzem. Z konieczności poszedł do szkoły zawodowej, później kontynuował naukę w Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Karolewie. Następnie przeniósł się do niższego seminarium misyjnego księży werbistów w Nysie. Po jego ukończeniu, 8 września 1959 r., rozpoczął nowicjat w Pieniężnie.

    Spodnie na boisku

    Kiedy Ryszard Gamański był w seminarium werbistów w Pieniężnie, Jerzy Krakowiak pracował w miejscowym klubie sportowym. – Bardzo często dzwoniliśmy do seminarium z prośbą, żeby go zwolniono, bo mamy ważny mecz i on musi po prostu nam pomóc i zagrać w naszej drużynie. Chętnie go zwalniali. Oczywiście wiąże się z tym wiele wspomnień. Pamiętam, że raz rozgrywaliśmy ważny mecz w Olsztynku, a Rysiek musiał być na Mszy św. w Nidzicy. Mecz o 16.00, Eucharystia o 18.00. Pożyczyłem od taty samochód P70. Od razu po meczu, w niezwykłym pośpiechu, pozbieraliśmy rzeczy i wsiedliśmy do auta. Kiedy dojechaliśmy pod Waplewo, okazało się, że Rysiek nie zabrał z boiska spodni. Jechał z nami kapitan drużyny Władek Szary. Pożyczył mu spodnie i na Mszę św. zdążyliśmy – śmieje się Jerzy. – Wtedy chodziłem na mecze. Ryszard wyróżniał się spośród innych zawodników. Myślę, że gdyby skoncentrował się jedynie na piłce nożnej, zrobiłby karierę – mówi Stanisław Koziński. Po rocznym nowicjacie Ryszard złożył pierwsze śluby zakonne. Parę tygodni później został powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej w Kołobrzegu. 22 czerwca 1969 r. otrzymał w Pieniężnie święcenia kapłańskie. W tym samym roku opuścił Polskę, aby pracować wśród australijskiej Polonii.

    Boże namaszczenie

    W 1974 r. o. Ryszard przyjechał na pierwszy urlop do Polski. Był to czas przygotowywania się drużyny narodowej do mundialu w Monachium. Nawiązał wtedy bezpośredni kontakt z Kazimierzem Górskim, Jackiem Gmochem i Andrzejem Strejlauem oraz zaprzyjaźnił się z wieloma graczami. Z kadrą Górskiego pojechał do Monachium. Nie był tylko na jednym meczu – na spotkaniu w deszczu, kiedy Niemcy w półfinale pokonali Polaków. – Mówi się, że trener Górski śmiał się, że – być może – właśnie dlatego Polacy przegrali – opowiada Stanisław. Ojciec Ryszard na mundialu chodził w garniturze. Jedynie w klapie marynarki nosił mały krzyżyk. W czasach PRL-u nie było przecież mowy o tym, że sportowcy potrzebują kapelana. – Wielu z nas cieszyło to, że jest z nami ksiądz, a zarazem piłkarz i trener. Wszyscy byliśmy wierzący, więc cieszyliśmy się, że ktoś, kto modli się za nas, jest tak bardzo blisko – wspomina Henryk Kasperczak. – Nazwanie księdza Gamańskiego kapelanem Białych Orłów jest jak najbardziej trafne. Sport nie może żyć bez wiary. Samo obcowanie z osobą duchowną, która poświęca swoje życie, wskazując drogę do królestwa Bożego – to wielka sprawa wymagająca szacunku. Co więcej, ks. Gamański traktował piłkę nożną wręcz z Bożym namaszczeniem. Właśnie taki człowiek może dotrzeć do nas i pomóc nam – podkreśla Jacek Gmoch.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół