• facebook
  • rss
  • A miał być tylko rok

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 29/2014

    dodane 17.07.2014 00:00

    Proboszcz mówi: „dziękuję tym, którzy wiedzą, że chcę im podziękować”. To właśnie o nim. Po cichu, bez rozgłosu robi swoje.

    To nie jest zwykłe wyróżnienie – prymasowski medal św. Wojciecha jest przyznawany za „zasługi dla Kościoła i narodu”, a w naszej archidiecezji tego zaszczytu na razie dostąpiło zaledwie kilka osób. Jedną z nich jest Andrzej Wiącek.

    Pamiętaj, by być człowiekiem

    Andrzej Wiącek od wielu lat związany jest z parafią pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Lidzbarku Warmińskim, który do niedawna pełnił jeszcze funkcję kościoła garnizonowego. Pan Andrzej jest wojskowym, ale ochoczo włącza się we wszystkie wydarzenia, jakie dzieją się we wspólnocie. Pomaga organizować pielgrzymki, wycieczki dla ministrantów i oazowiczów, przystraja kościół, buduje ołtarze na Boże Ciało, szopkę na Boże Narodzenie, grób Pański na Wielkanoc, wiele by wymieniać. Jest również artystą – w świątyni znajduje się m.in. obraz św. Jana Pawła II jego autorstwa. Pan Andrzej zajmuje się również przywracaniem blasku innym elementom wyposażenia, jak np. żyrandole. Ta jego działalność właśnie zaowocowała przyznaniem mu przez prymasa Józefa Kowalczyka medalu św. Wojciecha. Odznaczenie wręczył panu Andrzejowi podczas wizytacji kanonicznej abp Edmund Piszcz. – To było dla mnie ogromne zaskoczenie. Już rok temu dostałem nasz diecezjalny medal „Prodesse Auso” i wtedy byłem ogromnie zaskoczony, a co dopiero medal prymasowski – przyznaje pan Andrzej i twierdzi, że on zasadniczo nie robi nic szczególnego, po prostu to, co trzeba. – Moi rodzice tak mnie wychowali, w takiej wierze, w duchu katolickim. Mój tata zawsze mi mówił: „Nie wiem, kim w życiu będziesz, ale pamiętaj, żebyś zawsze był człowiekiem”. I tak staram się żyć – mówi pan Andrzej.

    Wiara pod płaszczem

    Kiedyś jednak zamiast podziękowań i medali było wyśmiewanie, a nawet inwigilacja. Pan Andrzej skończył szkołę chorążych w Olsztynie i pracował jako uzbrojeniowy – w czasach komunistycznych żaden wojskowy nie mógł sobie pozwolić na publiczne wyznawanie wiary. – Było różnie, oczywiście chodziliśmy do kościoła. Ale np. najstarsza córka w białym tygodniu po Komunii św. musiała chodzić w długim płaszczu, żeby schować sukienkę. Obok zawsze byli życzliwi, dzięki którym można się było znaleźć „na dywaniku” – opowiada pan Andrzej. Podkreśla, że jego przełożeni byli podzieleni – niektórzy jechali na tym samym wózku, również ukrywali wiarę, ale inni byli zadeklarowanymi komunistami. – Byli tacy, którzy mieli chęci i zapędy, żeby zachodzić do domu, do pokoju i sprawdzać czy przypadkiem nie wisi gdzieś krzyż albo obraz z wizerunkiem świętego. Bo „to przecież nie wasze mieszkanie, to służbowe” i trzeba było uważać – mówi Andrzej Wiącek. Dzieci chrzcili w Elblągu, żeby przypadkiem ktoś życzliwy nie doniósł. Najmłodszy urodził się już po tzw. odwilży, tak że chrzest odbył się na miejscu, w Lidzbarku Warmińskim. – Zrobiono mi w tym dniu specjalnie dyżur. Na szczęście mój kolega Józef Zysk przyszedł i mnie zastąpił. Przełożeni i tak pytali, gdzie ja jestem, dlaczego mnie nie ma na dyżurze. Józef mówił, że poszedłem na obiad – opowiada pan Józef. Mówi, że w tamtych czasach trzeba było uważać przede wszystkim ze względu na rodzinę – wojskowy mógł dostać przydział do różnych jednostek, a gdyby znalazł się na cenzurowanym, to przełożeni mogli by go rzucać raz tu, raz tam. W takiej sytuacji znalazł się inny jego kolega. – To były lata 80., peregrynacja obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, procesja ulicami miasta. Andrzej stał przy budce z lodami. Ja też byłem na tej procesji, mnie nie wychwycili, jego sfotografowali i to w dodatku nasz znajomy, w naszym stopniu. I Andrzej został karnie – oczywiście oficjalny powód był inny – przeniesiony do obsługi poligonu w Muszakach. Zwyczajnie go do lasu wysłali – opowiada pan Andrzej.

    Żeby wstydu nie było

    Andrzej Wiącek mówi, że nigdy nie miał żadnych wątpliwości, żadnego załamania, mimo konieczności ukrywania swojej wiary. Za bohatera też się nie uważa, wiara to było coś naturalnego, tak samo jak jej pogłębianie. W 1991 roku ks. Jan Usiądek, ówczesny proboszcz parafii pw. św. św. Apostołów Piotra i Pawła w Lidzbarku Warmińskim, poprosił pana Andrzeja i Józefa Zyska, by pomogli w zabezpieczeniu trasy pielgrzymki Jana Pawła II, który miał przyjechać do Olsztyna. Po tym wydarzeniu ks. Usiądek zaproponował dwóm wojskowym coś jeszcze. – Powiedział nam, że widzi, iż mimo mundurów porządni z nas ludzie i zaproponował nam studia w Instytucie Kultury Chrześcijańskiej w Olsztynie. Pomyśleliśmy, że warto spróbować i w 1991 roku poszliśmy na studia do Olsztyna – opowiada pan Andrzej. Wspomina, że w Olsztynie przyjął ich ks. prof. Marian Borzyszkowski. – Podczas rozmowy kwalifikacyjnej miałem takie wrażenie, że może podejrzewa nas, że jesteśmy jakimiś agentami, ale wszystko poszło dobrze, zaczęliśmy studiować, a potem przyszedł czas egzaminów. Miałem długą przerwę od takiego rytmu nauki akademickiej, tak że podczas nauki historii Kościoła zdarzało się, że następnego dnia po wertowaniu książek już mało pamiętałem. Były nawet takie momenty, że nosiłem sie z myślą o zrezygnowaniu. Myślałem wtedy jednak, że nie, bo będzie wstyd przed Józefem. Po jakimś czasie, kiedy już kończyliśmy studia, Józef mówił, że też miał momenty zwątpienia, ale myślał wtedy, że nie może zrezygnować, bo będzie wstyd przede mną – śmieje się pan Andrzej. To były lata, kiedy w Lidzbarku Warmińskim powstała placówka ordynariatu polowego Wojska Polskiego i od tamtego czasu pan Andrzej związany jest właśnie z parafią pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Przyznaje, że jest szczęśliwym człowiekiem, to jest jego miejsce na ziemi, mimo że w 1977 roku, kiedy dostał skierowanie do Lidzbarka, miał tu zostać początkowo tylko rok.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół