• facebook
  • rss
  • Jurga od złotego relikwiarza

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 29/2014

    dodane 17.07.2014 00:00

    archeologia. O niewygodnej przeszłości, niszczeniu wykopalisk i kaplicy na cześć poległych rycerzy z Romualdem Odojem, emerytowanym starszym kustoszem Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie

    Ks. Piotr Sroga: Zacznijmy od Pańskiego zainteresowania historią. Skąd się wzięło?

    Romuald Odoj: W pewnym stopniu odcisnęły się na moim życiu losy mojego ojca. Przed wojną był on zawodowym wojskowym. W roku 1939 trafił jako jeniec do obozu sowieckiego, ale uciekł i wrócił na Śląsk. Tam został skierowany do przymusowych robót, a potem wcielony do niemieckiej armii. Po krótkim przeszkoleniu został kierowcą. Nie wiem, jakim cudem, ale uciekł i przyłączył się do armii gen. Andersa. Do nas dotarła tylko wiadomość: „Vermisst”, czyli „zaginiony”. Ale w 1945 roku przyszła kartka, rzekomo od kolegi taty, ale napisana jego charakterem pisma. Mama poznała od razu, że napisał ją ojciec. Wiadomość przyszła z Anglii. On sam ostatecznie wrócił w roku 1947.

    Te wydarzenia miały na pewno wpływ na Pana rozumienie historii i dalsze losy...

    Oczywiście. Na lekcji o wojennym udziale wojsk polskich zaprotestowałem, że nie mówi się o żołnierzach gen. Andersa. Dwa miesiące przed maturą wywalili mnie ze Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Na maturze obecny był delegat z ramienia partii, który wiedział o moich poglądach. Udało się, na szczęście, ją zdać. Kolega poradził, żebym nie składał podania na studia historyczne, ale na prahistorię. Ze względu na moje poglądy nie przyjęliby mnie na te pierwsze. Później na studiach byłem w komisji przydzielającej pokoje w akademikach i miałem dostęp do ankiet, które przysyłały szkoły średnie do uczelni. Znalazłem swoją, a w niej fatalną opinię wystawioną przez młodego historyka. Obsmarował mnie strasznie. Objawiło się to na egzaminie wstępnym, a startowałem na Uniwersytet Jagielloński. Na pisemnym było do wyboru pięć tematów. Ja wybrałem „Organizacje młodzieżowe w budownictwie socjalizmu w Polsce”. Miałem bryk o brygadach Służba Polsce i przepisałem całe passusy z tej książeczki. Dostałem piątkę. Rozpoczął się egzamin ustny, na którym obecny był dziekan Garbarczyk. Przeglądnął moją teczkę i w pewnym momencie powiedział do członków komisji: „Ja go przepytam”. Wziął mnie na bok i zapytał się „Dlaczego masz tak złą opinię?”. Powiedziałem mu, że ojciec był u Andersa. Zapytał „W której był brygadzie?”. Odpowiedziałem, że w drugiej. „A to się nie spotkaliśmy. Ja też byłem u Andersa” – szepnął. A głośno powiedział: „Zdał na bardzo dobry”.

    Już w czasach studiów wykonywał Pan pewne prace odkrywkowe. Gdzie to dokładnie było?

    W tym czasie budowano Nowa Hutę i dr Stanisław Buratyński prosił studentów o pomoc w ratowaniu wykopalisk, gdyż podczas budowy nie zabezpieczano terenu pod względem archeologicznym. A było tam wiele wartościowych znalezisk. Wjeżdżały po prostu buldożery i robiły swoje. Całością kierowali inżynierowie radzieccy, którzy nie interesowali się ewentualnymi wykopaliskami archeologicznymi. I myśmy ratowali to, co się dało. Pamiętam, że pierwszym moim odkryciem był cały szkielet człowieka. Z toporkiem, naczyniem i naszyjnikiem z zębów zwierzęcych. Pochodził z okresu neolitu, z czasu kultury ceramiki sznurowej – około 3,5 tys. lat przed Chrystusem. Teren, na którym budowano Nową Hutę, obfitował w różne ślady przeszłości. To był teren lessowy i tam przez wieki obecne było osadnictwo. Zresztą po studiach wróciłem tam i porządkowałem dokonane odkrycia. W klasztorze w Mogile dostaliśmy pomieszczenie, gdzie składaliśmy eksponaty. Pamiętam kucharza z klasztoru, któremu pokazywałem odkrycia, a on mnie zapraszał w rewanżu na obiady.

    Po pewnym czasie trafił Pan do Olsztyna. Jak to się stało?

    Otrzymałem wiadomość od znajomego, że w Olsztynie tworzy się stanowisko konserwatora zabytków archeologicznych. Dodatkowo zapewniano mieszkanie. Postanowiliśmy z moją przyszłą żoną: „Jedziemy”. Byłem już wcześniej na Warmii i Mazurach, na wycieczce na Polach Grunwaldu, gdzie spotkaliśmy gospodarza Wójtowicza, który twierdził, że w nocy słychać śpiew „Christ ist erstanden”. Jego żona to trochę skorygowała, twierdząc, że na trzeźwo jej mąż nic nie słyszy.

    Brał Pan udział w pierwszych powojennych wykopaliskach na Polach Grunwaldzkich. Kiedy się one rozpoczęły i co było ich motywem?

    Kiedy zjawiłem się do pracy w Muzeum Mazurskim, a było to 1 lipca 1955 roku, dyrektor Hieronim Skurpski poprosił, bym wraz z delegacją literatów złożył wieńce i kwiaty na polu bitwy pod Grunwaldem. Zapoznał mnie też z uchwałami sugerującymi budowę muzeum w tamtym miejscu. Podpowiadał, bym oprócz moich podstawowych obowiązków „popatrzył” też pod ziemię pod Grunwaldem. Na Polach Grunwaldzkich właściwie nic się wtedy nie działo. Wojsko postawiło obelisk i na tym się skończyło. Skurpski złożył w tym czasie do władz podanie o pieniądze na badania. Chciał ustalić, gdzie dokładnie było pole bitwy. Ale nie było odzewu i zainteresowania. Wszystko się zmieniło z powodu pewnego wydarzenia, które miało miejsce w Niemczech. Oto wiosną 1958 kanclerz Konrad Adenauer założył podczas jakiejś uroczystości płaszcz krzyżacki. Reakcja naszych władz była bardzo nerwowa. Cztery dni później odbyło się pilne posiedzenie KC PZPR, na którym postanowiono wybudować pomnik w Grunwaldzie. Dostaliśmy wtedy, oczywiście, pieniądze na badania.

    Jak przebiegały?

    Rozpoczęły się w czerwcu 1959 roku. Wyznaczyliśmy około 30 punktów. Mnie przypadło zadanie przeprowadzenia badań archeologicznych ruin kaplicy pobitewnej. Już niecały rok po bitwie pojawiła się informacja o „Kapelle auf dem Schlachtfeld” – kaplicy na polu bitwy. Udało mi się ją znaleźć i odsłonić spod zwałów kamieni. Analizując zachowane dokumenty, można wskazać, że kaplica na pobojowisku należała od początku do bogatszych kościołów w średniowiecznym państwie krzyżackim. Takim przykładem może być też aż siedem różnych ksiąg liturgicznych wymienionych w tych dokumentach – ręcznie kopiowanych i iluminowanych. To bogactwo zapewniały odpowiednie dary. Również pielgrzymki i nawiedzenia kaplicy zgodnie z bullą papieską wspomagane były odpowiednimi odpustami. Można przypuszczać, że zamożność kaplicy zapewniały też nadania ziemi. Z późniejszych przekazów wiemy, że do kaplicy należało co najmniej 760 ha pól uprawnych, z których zapewne tylko część była bezpośrednio uprawiana przez służby i parobków przy kaplicy. Pola były najpewniej wynajmowane za zboże, które miało dobrą cenę w eksporcie z państwa krzyżackiego za granicę.

    Odnaleziono także groby przy kaplicy. Czyje?

    Były tu groby chorych pielgrzymów, którzy przybywali do kaplicy i tu zmarli. Ale, oczywiście, były i pochówki uczestników bitwy ze śmiertelnymi ranami zadanymi przez groty bełtów kuszy. Sporo tych grotów, a także grot strzał łuku, ułamki miecza, rękawicy pancernej i złamanej ostrogi znaleźliśmy w obrębie kaplicy i jej najbliższej okolicy. Ciekawostką może być fakt odkrycia grotu strzały łuku w humusowej ziemi pod kamieniami fundamentu ołtarza. Te odkrycia świadczą, że kaplicę postawiono na jakiejś istotnej części pola bitwy. Odkryte pochówki poległych, oprócz wspomnianych grotów tkwiących w ciele, nie zawierały innych przedmiotów. Pamiętajmy, że każdy rycerz walczył przecież na własny koszt. Miał liczne sługi i ciurów obozowych. Po bitwie całe to towarzystwo rabowało, ile się dało – to był jedyny zysk, zapłata. Można więc sobie wyobrazić, że polegli byli obrabowani ze wszystkiego. Co cenniejsze przedmioty oddawane były zapewne panu. To Jan Długosz pisze, że Jurga – „familiares” – czyli należący do rodziny, przyniósł swojemu rycerzowi Mszczujowi ze Skrzynna złoty relikwiarz, co go był zdarł z jednego zabitego. Okazało się, że poległym był Wielki Mistrz Urlich von Jungingen. Wiemy też, że z płaszcza Wielkiego Mistrza zrobiono ornat dla kościoła w Kijach, w dobrach rycerza Mszczuja. W ruinach przy kaplicy odkryliśmy także liczne szczątki kostne – co najmniej 400 poległych. Zapewne jeszcze w XV wieku – gdzieś w najbliższej okolicy kaplicy odkrywano groby, które „przeszkadzały” przy uprawie roli. Szczątki więc ekshumowano i złożono przy murach kaplicy. Dodać tu jeszcze mogę, że pod murami kaplicy odkryliśmy również pochówek kości spalonych – co najmniej 200 wojowników. Zapewne gdzieś na pobojowisku niedługo po bitwie ekshumowano pochówek, a że zwłoki nie były jeszcze całkowicie rozłożone – spalono je. Ten wyjątek dopuszczał Kościół. A o tym, że były to szczątki poległych, świadczy odkrycie między nimi rycerskiej rękawicy pancernej oraz sporo stopionego srebra. Może nie wszyscy polegli zostali obrabowani, może gdzieś tam zachowały się mieszki z monetami?

    Kaplica stała się znanym miejscem w państwie zakonnym. Dlaczego? Przecież przypominała o klęsce.

    Faktycznie, na to miejsce przychodziło wielu pielgrzymów. Świadczy o tym fakt, że w roku 1414 osadzono tam 7 księży i 2 diakonów. Proboszczem musiał być Krzyżak. Konsultowałem sprawę z bp. Janem Obłąkiem. Zwrócił uwagę na bullę papieską, którą dostał Heinrich von Plauen. Poprosił on o odpusty dla odwiedzających kaplicę. W dokumencie jest ważna informacja. Mówi się o miejscu usytuowania kaplicy, gdzie poległo 18 tys. chrześcijan. Kaplica więc jest dla uczczenia poległych na polu bitwy, a nie Wielkiego Mistrza zgodnie z prawem kanonicznym.

    Co ciekawego wykazały jeszcze badania?

    W wielu miejscach we wnętrzu kaplicy, a także na zewnątrz mniej więcej na poziomie pierwotnego gruntu odkryto płaty spalenizny. Szczególnie dużo jej było we wnętrzu w narożniku północno-wschodnim. Podobnie na dnie niektórych wykopów fundamentowych odkrywano duże bryły węgli drzewnych. Późniejsze analizy wykazały, że są węgle po świerku, buku i dębie. W pozostałościach spalenizny odkryto nadtopione ołowiane ramki witrażowe, a także kolorowe witrażowe szkiełka, nadtopione i spatynowane. Ten zespół znalezisk może potwierdzać istnienie w kaplicy, która uległa spaleniu, okien witrażowych. Bardzo dużą grupą przedmiotów w tych wspomnianych znaleziskach spalenizny stanowią również gwoździe.

    Czy zostawiliście po sobie coś na zakończenie prac?

    Murarskie prace konserwatorskie prowadzili z dużym zaangażowaniem murarze wypożyczeni z jednostki wojskowej w Ostródzie. Murarze, zgodnie z tradycją sięgającą niepamiętnych czasów, umieścili głęboko w naprawianym murze po lewej stronie wejścia do zakrystii butelkę z grubego szkła, a w niej na dobrym papierze ołówkiem napisano: „W lipcu w roku 1984 podczas pełnienia służby wojskowej pracowali przy odbudowie kaplicy na pobojowisku grunwaldzkim murarze: szeregowy Andrzej Jakubowicz z Gołdowa, szer. Sławomir Krawitowski z Małk k. Brodnicy, szer. Jacek Śniady z Pabianic, szer. Andrzej Przybysz z Łodzi, pod dowództwem st. sierż. sztab. Marka Krawca z Ostródy i fachowym nadzorem Romualda Odoja z Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie i Bogusława Chlebowicza z Urzędu Konserwatorskiego w Olsztynie. Na wieczną pamiątkę. Na chwałę Boga”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół