• facebook
  • rss
  • Bóg nie bierze supernajlepszych

    Krzysztof Kozłowski


    |

    Posłaniec Warmiński 34/2014

    dodane 21.08.2014 00:15

    Niedziela modlitw o powołania. Kiedy rozmawiał z Bogiem i szukał zewnętrznych potwierdzeń powołania, usłyszał: „To jest sprawa między nami. Ja ciebie powołuję i nikt więcej nie musi o tym wiedzieć, nie musisz się z tego tłumaczyć”. – Powołanie to tajemnica – wyznaje kl. Janusz.


    Wakacje to czas modlitwy wielu młodych, którzy wyjeżdżając na rekolekcje, podejmując trud pielgrzymowania, chcą jeszcze raz odbyć poważną rozmowę z Bogiem i poszukać w sobie odpowiedzi na pytanie: „Gdzie posyła mnie Pan?”. Często zadawane pytania przez tygodnie pozostają bez odpowiedzi, a dusza waha się, od euforycznego „tak” do cichego „nie”. Właśnie dlatego co roku abp Wojciech Ziemba wyznacza niedzielę, podczas której wierni całej archidiecezji modlą się podczas nabożeństwa eucharystycznego za powołanych. – Jezus rzekł do swych uczniów: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”. Dlatego w tę niedzielę zabrzmi w kościołach nasza prośba, aby Jezus dał odwagę młodym mężczyznom i kobietom, aby odważnie odpowiedzieli „tak” na Boże zaproszenie – mówi rektor Wyższego Seminarium Duchownego „Hosianum” w Olsztynie ks. Paweł Rabczyński.


    Ucieczka od odpowiedzialności


    Wiele mówi się dziś o kryzysie powołań. Przedstawiane są statystyki, media zapraszają autorytety, które starają się wyjaśnić to zjawisko. Jednak ta dyskusja odbywa się na płaszczyźnie ludzkiej, jest ograniczona i ułomna, gdyż na drugi jej plan spycha się Boga, który przecież dla nas, wierzących, jest jedynym powołującym. To Jezus wybrał apostołów, zaproponował im wspólną drogę. To nie człowiek wybiera. Człowiek jest wybierany. –Potrzebna jest wzmożona modlitwa. Co roku wstawiamy się za tymi, którzy słyszą głos Chrystusa – mówi wicerektor „Hosianum” ks. Bartłomiej Matczak. Zauważa, że od kilku lat maleje liczba powołań. – Jednak analizując to zjawisko i wchodząc głębiej w jego istotę, skłaniam się ku temu, że nie możemy mówić o kryzysie powołań, bo oznaczałoby to, że Pan Bóg przestał powoływać, a raczej o kryzysie powoływanych – wyjaśnia ks. Bartłomiej. Według niego wynika to z czysto ludzkiej słabości młodych pokoleń. Młodym brak bowiem odwagi do podejmowania tzw. decyzji ostatecznych. Widać to nie tylko na przykładzie powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, ale też i w podjęciu decyzji o małżeństwie. Dziś często decydują się na jego zawarcie osoby, które skończyły trzydziesty rok życia. – Ludzie żyją dziś inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Jest to problem natury duchowej, moralnej, ale nie kategoryzowałbym tego na zasadzie dobra i zła. Rzeczywiście obserwujemy coraz więcej powołań osób, które zgłaszają się do seminarium po studiach albo w ich trakcie, a także osoby pracujące. Bo człowiek może zawsze odkryć swoje powołanie. I to jest fascynujące – mówi ks. Bartłomiej.


    Piąty rok


    Janusz Gajdowski przez wiele lat uczył katechezy w Bartoszycach. Razem z żoną Wiesławą angażował się w życie parafii. Niektórzy żartowali, że jest czwartym wikarym. Jednak nigdy nie myślał, żeby być księdzem. – Nie zawsze byłem wierzący. Mija właśnie trzydzieści lat, odkąd się nawróciłem. Po skończeniu szkoły podstawowej powiedziałem rodzicom, że jestem niewierzący. Mama stwierdziła, że niejeden taki się już nawrócił, i nie wracała do tematu. Dziesięć lat bez Boga. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że się nawróciłem. Zacząłem się zastanawiać, co ja tak naprawdę odrzucam? – opowiada Janusz. Później poznał przyszłą żonę – Wiesławę. Wzięli ślub, na stałe osiedlili się w Bartoszycach. W 2009 r. na konferencji katechetycznej Janusz mówił o powołaniu. – Nawiązywałem do książki „Dar i tajemnica” Jana Pawła II. Swoją prelekcję poprzedziłem słowami: „Co prawda nie mam powołania do kapłaństwa, ale każde powołanie jest darem i tajemnicą” – mówi.
Po śmierci żony, kiedy zagłębiał się w sobie, usłyszał głos: „Będziesz kapłanem”. Postanowił, że jeśli w najbliższym czasie trzy osoby niezwiązane z nim zaczną rozmowę na temat kapłaństwa, to się zacznie nad tym zastanawiać. – Z czasem przestałem liczyć osoby, które pytały: „Może księdzem zostaniesz?”. Wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym poprosiłem o modlitwę wstawienniczą – śmieje się Janusz. – Później myślałem, kiedy to zrobić. Musiałem kilka spraw zamknąć. Ostatecznie postanowiłem nie czekać. Napisałem list to bp. Jacka Jezierskiego, że jestem gotowy – dodaje. Do seminarium Janusz wstąpił, mając 53 lata. – Jestem klerykiem, więc jeszcze nie księdzem. Zapewne dlatego wielu ma problemy, jak się do mnie zwracać. W gimnazjum uczniowie mówią do mnie: „Proszę księdza, wie pan…” albo: „Proszę pana, wie ksiądz” – śmieje się. – Z perspektywy dwóch lat spędzonych w seminarium mogę śmiało powiedzieć, że mimo wcześniejszych obaw jestem szczęśliwym człowiekiem. Nie żałuję, że idę tą drogą. Tu mam Jezusa blisko siebie. To dar Boga, tajemnica – dodaje.


    Znajduje swoje drogi


    Mówiąc o powołaniach, nie można pominąć rodziny, w której wychowuje się dziecko. A dziś rodzina często jest słaba, liczne rozwody, częste wyjazdy ojca lub matki na długi czas do pracy za granicę, zdarza się, że dzieci wychowują dziadkowie. – Rodzinę często nazywamy pierwszym seminarium. To jest wspólnota, która pomaga kształtować się powołaniu. Ale przecież nie wszystko zależy od niej. Są rodziny katolickie wychowujące dzieci w poszanowaniu chrześcijańskich wartości, ale w nich nie ma powołań. Są rodziny rozbite, w których dojrzewa powołanie. To jest tajemnica dorastania do misji – mówi ks. Bartek. Przytacza słowa abp. Wojciecha Ziemby, który powiedział, że „kiedyś mówiło się o rodzinach powołaniowych, w których dane przez Boga powołanie zostało ukształtowane dzięki współpracy rodziców z łaską Bożą. Dziś wielu alumnów to dzieci tych czasów, wychowywane przez jednego z rodziców, dzieci z rodzin rozbitych, przeżywających problemy”.

    – Dzięki temu widzimy, jak łaska Boża w różnych czasach znajduje swoje drogi. Nawet wtedy, kiedy rodzina wydaje się słaba, pojawia się w niej powołanie, nawet wtedy, kiedy rodzice są niewierzący – mówi wicerektor. – Patrząc na apostołów, na moment ich powołania, możemy stwierdzić, tak po ludzku, że ci ludzie się do tego nie nadają. A w kategoriach Bożych oni stali się wielkimi apostołami. Podobne historie napisali święci. Podobne są nasze historie, wszystkich kapłanów. Ludzie mówią: z takiej rodziny, taki człowiek, on się nie nadaje. Jezus prowadzi nas przedziwną drogą – podkreśla ks. Bartłomiej.


    Sprawa między nami


    Dla wielu młodych wakacje to okres poszukiwań, rozpoznawania drogi życia. Często zdarza się, że wówczas umacnia się przekonanie, że Jezus mnie powołuje. – Wtedy potrzebna jest odwaga. Muszę przeciwstawić się modom, opiniom i pójść za Chrystusem. Trzeba pamiętać, że seminarium to czas rozpoznawania powołania, odkrywania siebie. To nie jest ostateczna decyzja. Formacja w seminarium trwa sześć lat. Wątpliwości będą zawsze, bo to jest naturalne. Przecież nawet w małżeństwie są chwile, kiedy się zastanawiam, czy to jest ten partner. W kapłaństwie też są takie sytuacje. Ale one nie zmieniają poczucia pewności dobrze wybranej drogi. Dlatego tak ważne jest, aby głos „Pójdź za Mną” nie wynikał z euforycznego uniesienia doznanego podczas rekolekcji, nie był oparty na emocjach. Warto chwilę odczekać, wsłuchać się w głos Boga. Trzeba odróżnić emocje od głosu Boga – podkreśla wicerektor. – Czasem młodzi są przerażeni, że muszą być w zakonie, seminarium. Ale to nie przymus, ale zaproszenie. Kiedy rozmawiam z osobami mającymi wątpliwości, zawsze powtarzam, że nie ma lepszej partii niż Pan Jezus, wystarczy się w Nim zakochać. To jest żywa miłość i jeśli się jej poddam, to nie jest ważne, co robię, czy zamiatam, czy czytam, zmywam, spotykam się z człowiekiem. Ważne, że robię to z miłości. Mnie to buduje. Kiedy dialogowałem z Bogiem, że już stary jestem, i szukałem zewnętrznych potwierdzeń, to usłyszałem: „To jest sprawa między nami. Ja ciebie powołuję i nikt więcej nie musi o tym wiedzieć, nie musisz się z tego tłumaczyć”. To tajemnica dla mnie i otoczenia. Bóg nie bierze supernajlepszych, ale wybranych. Im dłużej jestem tutaj, tym bardziej uświadamiam sobie ogrom otrzymanego daru – mówi kleryk Janusz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół