• facebook
  • rss
  • Poruszyciele

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 17/2015

    dodane 23.04.2015 00:00

    Statuetki św. Jerzego. – Warto nawet dla jednej osoby pracować. Może choć ona się nawróci? Nie są potrzebne tłumy nawróconych – mówi Iwona Machwic.

    Ksiądz Zygmunt Klimczuk, prepozyt Kapituły Kolegiackiej św. Jerzego w Kętrzynie, przynosi plik dokumentów. Są wśród nich opinie kapłanów, którzy zgłosili kandydatów do statuetki „Zasłużony dla Wspólnoty Chrześcijańskiej”. – Wnioski rozpatrujemy jesienią na posiedzeniu kanoników, które odbywa się w dniu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Kandydatury muszą spełniać wymogi regulaminu – mówi. Czyta kolejne punkty.

    Że statuetka „przyznawana jest po 10 latach nienagannej pracy w służbie parafii i diecezji”, a kanonicy przyznają ją „dla uznania postawy moralnej i społecznej oraz zaangażowania na rzecz ewangelizacji, kultury chrześcijańskiej, obrony życia poczętego, sztuki i zabytków sakralnych, dobroczynności, edukacji i wychowania chrześcijańskiego i praw człowieka”.

    Do tej pory statuetką wyróżniono 31 osób. I nie byli to zazwyczaj ludzie z pierwszych kościelnych ławek. – Kilka lat temu otrzymała ją Helena Kryńska, która sprzątała kościół. Potrafiła po Pasterce przyjść i w nocy zmywać podłogi w świątyni, żeby rano było czysto. Bardzo skromna osoba – wspomina prepozyt. – Ludzie, którzy rzeczywiście robią coś dla Boga, a nie na pokaz, czują się zakłopotani tym wyróżnieniem – dodaje.

    Urodziłem się i żyję

    32-metrowa wieża kościoła w Płoskini góruje nad okolicą. W niej znajdują się schody, szesnaście stromych ceglanych stopni, którymi trzeba się wspiąć na prawie pięć metrów, by wejść na chór. Niedawno proboszcz ks. Henryk Kamiński zamontował w wąskim korytarzu poręcz. Zawsze łatwiej się wspinać. – Znam te stopnie, jak żadne inne. Każdego z nich dotykałem stopami tysiące razy. Ale z biegiem lat coraz ciężej się na nie wchodzi. Kolana bolą. Ciężej, ale tak samo radośnie, jak 55 lat temu, kiedy po raz pierwszy na Eucharystii zagrałem na organach osoba – mówi organista Henryk Giebień, który w tym roku otrzymał statuetkę „Zasłużony dla Wspólnoty Chrześcijańskiej”. Siada przy organach. Gra. Świątynia wypełnia się dźwiękami z piszczałek. – Tak się modlę – szepcze.

    Kiedy był dzieckiem, z pragnieniem w oczach spoglądał na wiszące pod sklepieniem organy. Piszczałka przy piszczałce, i te dźwięki, co gdzieś w głąb wpadały, jakby łaskocząc serce. Marzył, by na nich grać, choć inni koledzy marzyli o tym, aby wyjechać, zostać znanym piłkarzem, może urzędnikiem w mieście. – Mój życiorys? Co mogę powiedzieć... Jest krótki. Urodziłem się i żyję do tej pory – uśmiecha się. Zaczął uczyć się gry sam, w domu na pianinie. Później ukończył pięcioletni kurs dla organistów z diecezji. – Kiedy odszedł stary organista, proboszcz zaproponował, bym to ja przejął tę funkcję. Tak moje dziecięce marzenie się spełniło. I nie mogę się z tym rozstać. Powinienem już chyba pójść na muzyczną emeryturę – śmieje się.

    Zna setki pieśni, z każdego okresu liturgicznego, te stare i te nieco nowsze. Zamiast mówić o sobie, woli grać. – A pan Henryk mówił o tym, że pracował w urzędzie stanu cywilnego? – pyta proboszcz. I opowiada, że od 1972 r. Henryk Giebień był kierownikiem miejscowego USC. To była zabawna sytuacja. W urzędzie gminy udzielał ślubu cywilnego, później – bywało, że razem z nowożeńcami – przyjeżdżał szybko do kościoła, by w roli organisty towarzyszyć im przy ślubie kościelnym. – I to już koniec mojej historii. Lata minęły. Czas leci niesamowicie... Pięćdziesiąt pięć lat – wtrąca pan Henryk. – Cały pan Henryk. Niezwykle skromny człowiek – zauważa proboszcz.

    Niosą księdza

    Na plebanii w Karolewie przy stole, na którym stoi ciasto i kawa, siedzi proboszcz ks. Kazimierz Żuchowski. Są i Pędzichowie. Rozmawiają o kolejnych inicjatywach, szczególnie o zbliżającej się bitwie pod Wopławkami. Na wniosek proboszcza otrzymali w tym roku statuetkę. – Niech żona zacznie opowiadać. W Czernikach od trzech kadencji jest lokalną władzą – śmieje się Ryszard. – Wczoraj obchodziliśmy 41. rocznicę ślubu. Mamy trójkę dzieci, wnuczkę i dwóch wnuków. I to wszystko. A dlaczego proboszcz postanowił nas wyróżnić? To jest wielka tajemnica. Jest przecież wiele osób, które angażują się w życie parafii – mówi Alina.

    Ks. Kazimierz kiwa tylko głową i zaczyna wymieniać inicjatywy, w które włączyli się Pędzichowie. Bitwa pod Wopławkami, orszak Trzech Króli, naprawa systemu ogrzewania w kościele, ogólnie – „nie ma problemu, którego przy ich zaangażowaniu nie dałoby się rozwiązać”. – Choćby kościół filialny w Czernikach. Przez dwa lata był zamknięty, bo wymagał remontu. Pani Alina się zaangażowała. Zbierała pieniądze. Później wraz z mężem przygotowała uroczystość zakończenia remontu, wystawę, przyjęcie dla ludzi, nagrody dla tych, którzy się włączyli. Poza tym jest zelatorką koła Żywego Różańca. Można wiele wymieniać. Są parafie, w których parafianie niosą księdza, a nie ksiądz parafię. Takie są Czerniki. Kiedy idę do ludzi i proszę, oni zawsze pomagają. Pierwszymi „poruszycielami” są Pędzichowie – podkreśla proboszcz.

    Zauważa, że na wsi księża mają zupełnie inne relacje z ludźmi. Dlatego marzył, by być proboszczem na wsi. – Ludzie są związani z parafią. Czterdzieści takich rodzin i parafia istnieje. Garstka zaangażowanych ludzi, którzy czują więź z Kościołem. Na świątynię patrzą jak na swój dom – dodaje. Tym razem Alina kiwa głową. – Ale ksiądz podkreśla to jako nasze zasługi. Uważam, że to jest nasz obowiązek wypływający z potrzeby serca. To nie są zasługi – mówi.

    Skąd taka potrzeba obowiązku? – Myślę, że to się bierze z domu. Moi rodzice poświęcali się na rzecz Kościoła. Zresztą my teraz również przekazujemy tę potrzebę dzieciom i wnukom. Kiedy przyjeżdżają do nas, idą z nami sprzątać świątynię i teren wokół niej. Wyrastają w atmosferze, że kościół to nasz wizerunek, to wizerunek Czernik – podkreśla i dodaje, że we wsi jest wiele rodzin, które mogłyby otrzymać statuetkę. – Mogę pomóc, to pomagam. Trzeba chcieć coś zrobić i cieszyć się z tego. Potrzeba dbania i pomocy wypływa z otwartej postawy proboszcza. Lider musi być jeden – śmieje się Ryszard.

    Znów zmieniają temat rozmowy. Jak udoskonalić smoka z orszaku Trzech Króli, a może da się zrobić anioła, który latałby nad orszakiem, dogrywają ostatnie szczegóły inscenizacji bitwy, która będzie za tydzień – trzeba zrobić manekina Litwina, który zginie w bitwie, a jego zwłoki będą spalone.

    Może choć jedna?

    Kętrzyńskie Gimnazjum im. Jana Pawła II. Młodzież siedzi na korytarzach, niektórzy podpierają parapety, spoglądając na szkolne boisko. Nad klasą wisi tabliczka „Religia”. Przed drzwiami stoi grupa gimnazjalistów. Za chwilę będą pisać test w ramach konkursu organizowanego przez „Civitas Christiana”. Korytarzem, z plikiem kartek w dłoni, idzie katechetka Iwona Machwic. Otwiera drzwi, wpuszcza do środka uczniów. Tłumaczy zasady konkursu, rozdaje kartki z testem. Jeszcze krótkie rozmowy, odpowiedzi na pytania i w klasie zapada kompletna cisza. – Uczę już 19 lat. Jak to się stało? Namówiła mnie koleżanka, żebyśmy poszły razem na teologię. Ona, niestety, już nie uczy w szkole – mówi Iwona.

    W trakcie studiów odkryła, że to jest jej powołanie: uczenie katechezy, świadczenie życiem o nauce Chrystusa. – A nagrody się nie spodziewałam. Jest wiele osób, które równie dobrze, a nawet lepiej i z zaangażowaniem wypełniają swoje obowiązki. Nagroda jest efektem współpracy z koleżankami w parafii. Poza tym dyrekcja szkoły wspiera mnie, pomaga – dodaje. Wie, że wiarę wynosi się z domu, z tych wspólnych chwil z rodzicami, kiedy idzie się do kościoła, przeżywa przygotowania do sakramentów, modli się wspólnie. – Takich postaw nie nauczymy. Ale możemy zachęcić młodych, zatrzymać ich na chwilę, kiedy wspólnie z nimi organizujemy coś, pokazujemy. Wtedy młodzież chętnie wkracza w świat wiary. Warto pracować nawet dla jednej osoby. Może choć ona się nawróci? Nie są potrzebne tłumy nawróconych – uśmiecha się. Praca daje jej dużą satysfakcję. Podejmuje wiele inicjatyw związanych z patronem szkoły, Janem Pawłem II.

    Wystarczy się obejrzeć

    Któż w Radostowie nie zna Ewy Siedleckiej? „Wielu parafian jest zatroskanych o swój kościół, ale na szczególne wyróżnienie zasługują ci, którzy w sposób całkowicie oddany przez lata służyli parafii, poświęcając swój czas, talenty, serce a często także i swoje pieniądze. Pani Siedlecka przez 20 lat sprzątała kościół i dbała o jego estetyczny wygląd, dopóki starczyło jej siły. Pięknym gestem za wierną służbę Bogu, parafii i wiernym byłoby podziękowanie w formie wręczenia statuetki kapituły w Kętrzynie” – pisze we wniosku ks. Bogdan Matysiak. „Pan Ryszard Brzozowski przez 30 lat niesie pomoc i wsparcie duchowe oparte na wartościach chrześcijańskich osobom uzależnionym od alkoholu. Pracuje z ludźmi i dla ludzi”, pisze ks. Tadeusz Alicki.

    – Czekamy do jesieni na kolejne podania. Zasłużonych jest wielu. Wystarczy się obejrzeć – mówi ks. Zygmunt Klimczuk.

    Dlaczego czternastu?

    ks. Zygmunt Klimczuk

    – Kapituła Kolegiacka św. Jerzego w Kętrzynie została erygowana 7 czerwca 1992 r. przez abp. Edmunda Piszcza. Kapitułę tworzy 14 kanoników rzeczywistych i 14 honorowych. Dlaczego czternastu? Jest 14 stacji Drogi Krzyżowej i do tego się odnosimy. Zbieramy się 16 listopada w dniu NMP Matki Miłosierdzia. Drugi raz 23 lub 24 kwietnia, z okazji wspomnienia św. Jerzego. Wówczas wręczamy statuetki. W czasie spotkań rozmawialiśmy na temat realizacji powołania przez świeckich w Kościele. Postanowiliśmy, aby kapituła przyznawała statuetki św. Jerzego „Zasłużony dla Wspólnoty Chrześcijańskiej”. W 2009 r. opracowaliśmy regulamin. W tym roku, podczas kwietniowego spotkania, statuetki otrzymali: Ryszard Brzozowski, Henryk Giebień, Iwona Machwic, Alina i Ryszard Pędzichowie oraz Ewa Siedlecka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół