• facebook
  • rss
  • Ogień płonący w sercu

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 23/2015

    dodane 03.06.2015 00:00

    – Dlaczego chcesz zostać księdzem? – zapytał ks. Władysław Nowak. „Bo chcę służyć ludziom” – odpowiedziałem. – Mądrzej proszę odpowiedzieć. Milczałem, a rektor powiedział: – Bo chcę służyć Bogu i ludziom – wspomina ks. Marcin.

      Ks. Łukasz Długosz
    Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

    Przez sześć lat budowali wspólnotę seminaryjną, przygotowując się do jednego z najważniejszych dni w życiu, do święceń kapłańskich. Setki godzin modlitwy, wykładów, rozmów z ojcem duchownym. Pewność i chwile zwątpienia.

    Z czternastu zostało ich pięciu. Zanim ostatecznie powiedzieli Jezusowi: „tak”, leżeli na chłodnej posadzce konkatedry św. Jakuba w Olsztynie. Ostatnia poważna rozmowa z Bogiem. Po niej przyjęcie z rąk abp. Wojciecha Ziemby sakramentu kapłaństwa.

    Będziesz szczęśliwy

    „Nie lękajcie się. Otwórzcie drzwi Chrystusowi” – te słowa na swoim obrazku prymicyjnym zamieścił ks. Krzysztof Laska. – Dlaczego te słowa? To są słowa na czasie, jeśli chodzi o współczesnego człowieka, który poszukuje i jest zlękniony. Ale też odnoszą się do mnie, abym swoje lęki powierzył Chrystusowi i otworzył się na Niego – wyjaśnia. Swoje powołanie uważa za ogromny dar i tajemnicę. – Poznaję ją cały czas – dodaje. Od szkoły podstawowej był ministrantem, co wynikało z wewnętrznego pragnienia służenia przy ołtarzu. – Tak Bóg prowadził mnie do dziś, do dnia święceń kapłańskich – mówi.

      ks. Marcin Kuciński
    Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
    Podobnie ministrantem był ks. Marcin Kuciński. Miłość do Eucharystii i przykłady dobrych kapłanów miały na niego duży wpływ. – Chociaż w latach młodzieńczych nieco zapomniałem o powołaniu. Wróciło przed maturą, po rozmowach. Postanowiłem pojechać na rekolekcje do seminarium. Na nich zdecydowałem: „Pójdę za Tobą, Jezu”. Dokumenty złożyłem od razu po maturze – opowiada. Rodzice z ufnością i radością przyjęli jego decyzję, mimo obaw, że obecnie kapłani nie mają łatwo. – Mama powtarza, że „jeżeli ty będziesz szczęśliwy, ja też”. Zawsze mogłem liczyć na wsparcie rodziców i rodzeństwa. Zresztą brat jest również w seminarium, na trzecim roku – dodaje. „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21,12) – te słowa ks. Marcin umieścił na swoim prymicyjnym obrazku. – Czasem nie potrafię podziękować Bogu za powołanie. Nie potrafię wyrazić miłości i wdzięczności. Ten fragment wyraża mnie – wyjaśnia.

    Mocne przynaglenie

    Ksiądz Krzysztof Patejuk pierwsze myśli o kapłaństwie miał w gimnazjum. – Ale było to raczej przeze mnie lekceważone. Później zapomniane. Ostateczna decyzja i przekonanie o powołaniu przyszło znacznie później – opowiada. Po maturze   ks. Krzysztof Laska
    Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
    rozpoczął studia na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku dziennikarstwo. – Miałem poukładane życie. Właściwie miałem już pracę w tym zawodzie, o czym zawsze marzyłem. Miałem dziewczynę, z którą planowaliśmy wspólne życie. Ale przyszły wakacje po pierwszym roku studiów. I Pan Bóg wszystko poustawiał na właściwym miejscu. W sercu poczułem mocne przynaglenie, bym poszedł do seminarium – mówi. Wspomina, że ostateczne decyzje, po długotrwałych wewnętrznych zmaganiach, zostały podjęte na modlitwie. – Z dziewczyną postanowiliśmy się pomodlić o rozpoznanie powołania. Podczas niej otworzyliśmy Pismo Święte, księga proroka Jeremiasza. Ten tekst opisywał moje zmagania, mimo że były to zmagania Jeremiasza. Mówił o ogniu płonącym w sercu, który prorok próbował stłumić. A był to ogień Bożego powołania. W końcu postanowiłem być posłuszny. Wstąpiłem do seminarium. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy – wyznaje.

    Dwie armie

    – Do Kościoła zawsze mnie ciągnęło, ale droga do niego nie zawsze jest prosta – mówi ks. Dariusz Łuba. Po maturze rozpoczął studia z zakresu historii. Po paru miesiącach przerwał je i poszedł do wojska. Uzyskał wszelkie zaświadczenia, które otwierały mu   ks. Dariusz Łuba
    Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
    drogę do służby zasadniczej. – Ale ta myśl, że i tu będę się męczyć. Trzeba iść do seminarium, mimo że kocha się wojsko – uśmiecha się. Służył w siłach powietrznych przy obsłudze stacji radarowych. – Siedząc na stacji, człowiek przebywa sam. To był idealny czas do przemyśleń i modlitwy. Otworzyłem się na Boga. Radar zaczął odbierać sygnały od Pana Boga, na jakiej odległości, wysokości, w którym kierunku trzeba iść. Tak z jednego wojska trafiłem do armii Chrystusowej – mówi.

    Jeszcze dłuższą drogę do kapłaństwa miał ks. Łukasz Długosz. Ukończył prawo, później pracował w sądzie rejonowym. – Zamysł kapłaństwa przyświecał mi od najmłodszych lat. Dawniej był egzamin do liceum ogólnokształcącego. Na egzaminie z polskiego wybrałem temat: „Kim chcesz być w przyszłości”. Pisałem o kapłaństwie – opowiada. Mimo tego jego dojrzewanie do kapłaństwa trwało dość długo. – Jednemu Bóg daje czas od razu, drugi musi dojrzeć. Nie ukrywajmy, sześć lat formacji seminaryjnej to również długi okres. I tu bywają lepsze i gorsze momenty. Ale najważniejsze to zawierzyć się Bogu i poddać Jego woli – wyznaje.

      ks. Krzysztof Patejuk
    Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół