• facebook
  • rss
  • Trumna dla syna

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 45/2015

    dodane 05.11.2015 00:00

    Choć trudno je dziś odnaleźć, to pamięć o niezwykłej historii warmińskiego przedsiębiorcy przetrwała do dziś.

    Wśród licznych grobów na terenie Warmii i Mazur są dwa, które opowiadają o wielkiej miłości ojca do syna. Znajdują się one na wyspie i pamiętają czasy, gdy była ona jeszcze nazywana Perłą Olsztyna. A wszystko za sprawą Roberta Rogalli.

    Piwo w starej karczmie

    Nieopodal Olsztyna znajduje się Jezioro Wulpińskie z ośmioma wysepkami. Największa z nich, 6-hektarowa, nosi nazwę Herta. – Z najmłodszych lat pamiętam, że na Hercie coś się działo. Starsi wspominali czasy przedwojenne, gdy działała tam karczma i na wyspę kursował prom. Po wojnie zabudowania były wykorzystywane przez stróża, a w okolicy wypasano bydło. W latach 80. ub. wieku wszystko spłonęło i popadło w ruinę – mówi Urszula Urra. Historia tej wyspy jest bardzo bogata i opowiada o przedsiębiorczości Roberta Rogalli, który uczynił z niej miejsce wypoczynku dla olsztynian. Wszystko rozpoczęło się w roku 1895, kiedy olsztyński przedsiębiorca kupił wyspę i zaczął ją urządzać. – Rodzinne pamiętniki wspominają o specjalnej recepturze na piwo, które było serwowane w karczmie na wyspie. Podobno było wyjątkowe i stanowiło atrakcję dla przybywających gości – wspomina prawnuczka dawnego właściciela wyspy, która w ostatnim czasie odwiedziła Warmię w poszukiwaniu śladów historii swojej rodziny. Ta sielankowa część dziejów warmińskiej wyspy została jednak przerwana wydarzeniami z sierpnia 1914 roku. Wtedy to działania wojenne dotknęły także rodzinę właściciela Herty.

    Szukał go od łąki do łąki

    Robert Rogalla miał syna o imieniu Bruno, który był porucznikiem rezerwy w niemieckiej armii. Walki z Rosjanami toczyły się wokół Olsztyna, ale przede wszystkim w samym mieście. Gdy ucichły strzały, przyszedł czas na liczenie strat. Wśród poległych był Bruno. Pisze o tym Rafał Betkowski, olsztyński historyk: „Oficer, który przyniósł tę smutną wiadomość, opisał w pośpiechu wydarzenia sprzed kilku dni. Nie potrafił prawdopodobnie wskazać dokładnie miejsca, gdzie padł młody Rogalla. Ojciec postanowił sam odszukać ciało. Sklecił prostą jodłową trumnę, zaprzągł jednokonny powóz i wyruszył ku pobojowisku. Opowiadał potem, że trzymając konia za uzdę, chodził od łąki do łąki, od pola do pola. Przeszukiwał każdy skrawek ziemi. Znajdywał poległych żołnierzy niemieckich i rosyjskich oraz zabitych cywilów, lecz swego syna długo nie potrafił odnaleźć. Zachodziło słońce, gdy wreszcie na niego natrafił”. Rafał Bętkowski przypuszcza, że było to gdzieś po wschodniej stronie doliny rzeki Marózki, koło drogi z Ulnowa do Browiny. Z przekazów historycznych wiadomo bowiem, że 26 sierpnia tam właśnie natarcie prowadził I Batalion 150. Pułku Piechoty. Niemieccy żołnierze napotkali silny opór Rosjan. Jednostka, w której służył Bruno, odnotowała tego dnia największe straty, bo poległo aż 12 ludzi, wśród nich por. Rogalla. Ze względu na toczące się walki nie było czasu na pochówki poległych żołnierzy.

    Dwa nagrobki

    Stary Rogalla przewiózł ciało zabitego syna na Hertę. Na miejsce jego spoczynku wybrał wzgórek niedaleko domu. Uzyskał niezbędne pozwolenia od władz kościelnych i zorganizował skromny pochówek. Na pośmiertnej tablicy wyryto napis: „Poległ śmiercią bohatera pod Tannenbergiem z miłości do ojczyzny nasz ukochany syn Bruno Rogalla, porucznik rez. 150. reg. 2.; ur. 2.4.1887, zm. 26.8.1914”. Ojciec chciał uczcić pamięć syna i poległych żołnierzy, dlatego postanowił urządzić na wyspie muzeum Bitwy pod Tannenbergiem. W okolicy można było znaleźć wtedy karabiny, części umundurowania i wiele wojennych akcesoriów. Robert zebrał część z pozostawionych na drogach rzeczy i przewiózł je na wyspę. Były wśród nich między innymi kuchnia polowa i mundury. Na wyspie rozprowadzano także broszurę „o wydarzeniach i przeżyciach owych pamiętnych dni”. Sam Rogalla stał się przewodnikiem po wydarzeniach z przeszłości, udzielając gościom informacji o wojennych wydarzeniach. – Jeszcze przez wiele lat wyławiano różne przedmioty wokół wyspy, także te pochodzące z muzeum. Organizowane były szkolenia nurków, którzy poszukiwali skarbów przy Hercie – mówi Cezary Podgórski, mieszkaniec jednej z okolicznych miejscowości. Dbałość starego Rogalli o pamięć o synu i wojennej zawierusze trwała do roku 1932, kiedy to w wieku 73 lat zmarł. W testamencie wyraził życzenie, aby jego doczesne szczątki spoczęły na wyspie, obok syna. Tak też się stało. Ułożył również napis, jaki umieszczono na grobie: „Wiara w Boga, miłość do żony, dzieci i ojczyzny, nadzieja na lepsze czasy, uczyniły mnie silnym w walce o chleb codzienny. To było mym bogactwem. Założyciel Wyspy Herta oraz Muzeum”. Dziś wyspa Herta zarosła chwastami i po dawnej świetności zostały tylko ruiny budynków. Groby ojca i syna są trudne do odnalezienia. W pamięci mieszkańców okolicznych miejscowości utrwaliła się historia człowieka, który płacząc z bólu po utracie dziecka, poszukiwał go wśród setek poległych żołnierzy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół