• facebook
  • rss
  • Epizod w Boskim planie

    Ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 39/2016

    dodane 22.09.2016 09:23

    O. Wojciech Pawłowski SVD mówi o małych cudach, wielkich planach i tym, skąd się bierze „religijna papka”.

    Ks. Piotr Sroga: Musiał Ojciec przerwać swoją pracę misyjną i przyjechać do Polski. W ostatnich miesiącach w Sudanie sytuacja pogorszyła się. Co było tego przyczyną?

    O. Wojciech Pawłowski SDV: Pracowaliśmy w parafii pw. Świętej Rodziny w Lainya. Jest to miejscowość położona w Sudanie Południowym i znajduje się niedaleko granicy z Ugandą i Kongo. Sytuacja w Sudanie była napięta, ale przez dłuższy czas nie dotyczyło to naszego regionu. Po uzyskaniu niepodległości w 2011 r. pomiędzy plemionami toczyły się walki o władzę. To wszystko działo się jednak na północy kraju. Ostatnio, gdy szykowano się do obchodzenia 5. rocznicy niepodległości, w stolicy doszło do zamieszek pomiędzy rządzącym plemieniem Dinka a drugim co do wielkości plemieniem. Rozpętało się tam piekło i kilkaset osób zginęło. Wtedy przemoc rozprzestrzeniła się na cały kraj i dotarła także do naszej parafii. Rozpoczęły się walki między rebeliantami a rządem. Rebelianci to plemiona, które zjednoczyły się, aby bronić się przed plemieniem Dinka, skupiającym całą władzę w państwie w swoich rękach oraz kontrolującym wydobycie wszystkich złóż ropy naftowej. Rządzący twierdzą, że cały kraj należy do nich i pozostałe plemiona są obce na ich terenie. Dążą do tego, aby je z stamtąd wysiedlić lub wymordować. Ten plan wprowadzają sukcesywnie w życie. Dlatego pozostałe plemiona zjednoczyły się i walczą jako rebelianci.

    Wojna dotarła do parafii, w której Ojciec pracował. Jak to się stało?

    Pewnego niedzielnego wieczoru, gdy wracaliśmy z naszych stacji, zauważyliśmy wielki tłum, który uciekał z miasta. Ludzie nieśli ze sobą osobiste rzeczy i kierowali się w stronę buszu. Zapytaliśmy się, co się dzieje. Usłyszeliśmy, że następnego dnia ma się tu odbyć walka między rebeliantami a armią rządową. Na początku nie wzięliśmy tego na serio, bo takie pogłoski pojawiały się cały czas, już od momentu naszego przyjazdu w roku 2012. Ciągle były jakieś potyczki, ale nie na wielką skalę. Kiedy przyjechaliśmy do naszej misji w Lainyi, zobaczyliśmy sporą grupę ludzi, którzy prosili o nocleg. Wtedy też zdaliśmy sobie sprawę, że sprawa jest poważna. Do następnego dnia miejscowość opuściło około 20 tys. osób.

    Sytuacja była niebezpieczna. Czy myśleliście o opuszczeniu misji?

    Następnego dnia przyszedł do nas pewien człowiek i powiedział, że rzeczywiście w mieście odbędzie się bitwa i lepiej żebyśmy opuścili ten teren. Jednak z uwagi na ludzi, którzy przyszli do nas i oddali się pod naszą opiekę, powiedzieliśmy, że nie możemy opuścić misji. Wtedy też schroniliśmy się w naszych szałasach.

    Rozpoczęły się walki i byliście zagrożeni. Jak to Ojciec przeżywał?

    Rzeczywiście, doszło do bitwy i przez cały dzień trwały walki. Z duszą na ramieniu siedzieliśmy w naszych szałasach, oczekując najgorszego. Kule latały wszędzie. A trzeba wiedzieć, że nasze chatki zrobione są z błota i ich ściany nie są zbyt grube. Dlatego często siedzieliśmy lub leżeliśmy na ziemi, aby nie trafiła nas zabłąkana kula. Walki toczyły się przez trzy tygodnie. Nasza miejscowość została odcięta od świata. Powoli kończyło się nam jedzenie.

    Kiedy nastąpił przełom w walkach?

    W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że rząd przysyła oddział, aby wesprzeć swoje wojsko. Tak też się stało. Kiedy byli kilkadziesiąt kilometrów od naszej miejscowości, poinformowano ludzi, którzy się u nas schronili, aby jak najszybciej uciekali, bo jeśli zostaną, armia ich na pewno wymorduje. Większość z nich, głównie młodzi mężczyźni i kobiety, uciekli. Zostały tylko 22 osoby. W pewnym momencie dotarł do nas oddział rządowej milicji. Byli bardzo agresywni i pod wpływem narkotyków, alkoholu. Wyciągnęli dwóch naszych ludzi, którzy schowali się w nowo wybudowanym centrum dla młodzieży, i ich rozstrzelali. Nie mogliśmy nic zrobić. Jeden z zabitych był murarzem, który nam pomagał, a drugi nauczycielem w miasteczku. Schronił się u nas z żoną i dzieckiem.

    Czy wam śmierć nie groziła?

    Po pewnym czasie pojawił się następny oddział, grupa około 300 żołnierzy, którzy rozbili obóz na terenie naszej misji. Byli wszyscy pod wpływem narkotyków. Strzelali w powietrze, czasami horyzontalnie, i kazali nam nie wychodzić z szałasów. Był jakiś dowódca, ale zupełnie nie panował nad nimi. On też powiedział nam, że w zasadzie mamy szczęście, bo oddział, którym dowodzi, był szkolony przez Amerykanów i zna prawa człowieka. Dlatego od razu nas nie zabiją i nie okradną. Jednak na wszelki wypadek kazał nam się pozamykać w szałasach. I tak przez kilka dni „gościliśmy” tych żołnierzy, nie wiedząc, czy nas w pewnym momencie nie zamordują. W tym czasie okazało się, że jeden z dwóch postrzelonych wcześniej przeżył. Schował się w krzakach i udawał, że nie żyje. Był jednak poważnie ranny – miał rozerwaną klatkę piersiową, rozszarpaną nogę. Zajęliśmy się nim, jednak nie mieliśmy prawie żadnych środków medycznych. Tylko trochę jodyny, trochę amoksyliny.

    Szukaliście w tym czasie pomocy?

    Wcześniej kontaktowaliśmy się z przedstawicielstwem ONZ i polskiej ambasady. Zapewniano nas, że zrobią wszystko, co w ich mocy, ale tak naprawdę nie mamy co liczyć na szybkie uwolnienie, bo rząd nie chce współpracować. Dowódca z oddziału, który rozbił się na naszej misji, powiedział nam, że nadchodzące oddziały mogą nie być tak łaskawe dla nas i nie daje żadnej gwarancji, że nas oszczędzą. Od tego czasu zaczęliśmy pukać do wszystkich możliwych drzwi. Powiedziano nam jednak, że nie da się nic zrobić, bo wszystkie drogi są zablokowane, a rząd nie pozwala jednostkom ONZ opuścić swojej bazy w stolicy. Niemożliwa jest także pomoc humanitarna, bo zrzucone ładunki mogłyby trafić w ręce rebeliantów. Właściwie pogodziliśmy się z tym, że wszystko może się stać.

    Jednak udało się wam wydostać z Lainy. Czyżby zdarzył się jakiś cud?

    Tak można powiedzieć – zdarzył się mały cud. Wtedy też prosiliśmy o modlitwę wiele osób i myślę, że to był rezultat. Akurat przez nasze tereny przejeżdżał miejscowy polityk z dużym konwojem żołnierzy. Zatrzymał się na naszej misji, a później pozwolił się nam dołączyć do swojego konwoju. I tak się stało, mogliśmy pojechać do Yei, stolicy diecezji, a stamtąd małym samolocikiem do stolicy kraju, potem do Nairobi i Warszawy.

    Co Ojciec myślał w chwili zagrożenia życia?

    To była pierwsza taka sytuacja w moim życiu. Nigdy wcześniej nie byłem na wojnie. No cóż, pogodziłem się z tym, że może przyjdzie mi umrzeć w Sudanie Południowym. Zacząłem wtedy szukać kontaktów z moimi znajomymi, aby się za nas i naszych parafian modlili. Żebyśmy się przygotowali na wszystko. Ale myślę, że dzięki ich modlitwie zostaliśmy uratowani.

    Ilu misjonarzy przebywało wtedy na misji w Lainye?

    Czterech werbistów. Wcześniej pracował jeszcze jeden brat zakonny, ale zanim wszystko się wydarzyło, wyjechał do Kenii na kurs formatorów. Jak wyglądało życie na misji przed rozpoczęciem walk? Sudan Południowy jest bardzo różnorodny po względem etnicznym, religijnym i mentalnym. Pierwszy oznaki chrześcijaństwa sięgają pierwszych wieków po narodzeniu Chrystusa. Chrześcijaństwo nie było tym ludziom obce, ale zmieniło się wszystko wraz z ekspansją islamu na te tereny. Ludność przesiąkła islamem, aczkolwiek nie przyjęła tej religii do końca – jakoś im to nie pasowało. Mamy więc chrześcijaństwo, islam i religie tradycyjne. Często jest wszystko ze sobą wymieszane. Trudno o klarowną identyfikację, kto jest kim. W naszym regionie istnieje silny Kościół anglikański, ale w rzeczywistości jest mieszanką wierzeń tradycyjnych i chrześcijaństwa. To wyznanie jest dominujące.

    A jaka jest sytuacja katolików?

    Ze względu na to, że w pewnym czasie brakowało kapłanów i dobrze uformowanych katechistów, katolicy zwrócili się w kierunku Kościoła anglikańskiego. Wielu wiernych odeszło i zmieniło wyznanie. Wielu też zaczęło mieszać katolicyzm z tradycyjnymi wierzeniami. Tak powstały różne papki religijne. Dlatego praca duszpasterska jest wielkim wyzwaniem. Potrzeba wielkiej cierpliwości i czasu. Jesteśmy małym epizodem planu, który Pan Bóg przygotował. Taką kolejną cegiełką.

    Ta różnorodność powoduje czasem napięcia. Jak byli do Was nastawieni tubylcy?

    Pracowaliśmy w jednej parafii, ale mieliśmy 38 kaplic dojazdowych. Ludność była bardzo pozytywnie nastawiona do nas. Chcieli się uczyć i rozwijać swoją duchowość. W niedzielę przychodziło na Eucharystię w głównym kościele około 400 osób. Na początku było ich tylko kilkadziesiąt. Myślę, że byliśmy dla nich bardziej atrakcyjni od Kościoła anglikańskiego, bardziej uporządkowani. Przy parafii działało wiele grup, a oni się bardzo angażowali. W naszym duszpasterstwie nastawiliśmy się przede wszystkim na pracę z dziećmi i młodzieżą. Dla nich wybudowaliśmy „Dom nadziei”. Starsza ludność jest związana z dawnymi wierzeniami i uwikłana w poligamię, dlatego ciężko jest zmienić ich myślenie.

    Czy są jakieś wiadomości z Waszej parafii? Co Ojciec planuje w najbliższym czasie. Powrót?

    W takiej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, były przed rokiem inne parafie naszej diecezji. Także tam miejscowa ludność uciekła przed działaniami wojennymi. Przez rok nie wracali do swoich domów, w obawie przed utratą życia. My, świadomi tego, chcemy odczekać tyle samo. Mieliśmy w tym czasie odbyć wakacje w Polsce, zregenerować swoje siły fizyczne i psychiczne. Ale nie chcieliśmy zmarnować całego roku, dlatego z o. Andrzejem Dzidą będziemy się uczyć języka arabskiego. Wyjeżdżamy właśnie na kurs do Egiptu. Język arabski nie jest oficjalnym językiem w Sudanie – jest nim angielski, jednak arabski jest w powszechnym użyciu. Posługuje się nim miejscowa ludność podczas spotkań handlowych i towarzyskich. Jego znajomość pomoże nam w przyszłości w duszpasterstwie.• piotr.sroga@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół