• facebook
  • rss
  • Myśmy żyli sobą

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 47/2016

    dodane 17.11.2016 00:00

    Jest jednym z ostatnich świadków przedwojennej Warmii. Pisała kronikę swojej wioski, w której jej ojciec był sołtysem.

    Historia pisana w podręcznikach składa się z losów poszczególnych osób. Czasem decydują one o przeznaczeniu innych, czasem tylko o sobie samych. Ważne jest jednak, aby patrząc na daty zapisane w książkach, uświadomić sobie, że za każdą z nich stoi konkretny człowiek i jego historia.

    Tak też jest z historią Warmii. Niezmiernie bogata, kryje w sobie życiorysy tych, którzy odeszli od nas lub żyją, ale najczęściej w innych częściach świata. Jedną z postaci warmińskich dziejów jest Marianna Schroeder, która przez kilkanaście lat mieszkała w Kręsku, nieopodal Olsztyna. Było to jednak przed wojną. Skończyła 19 lat, kiedy do jej miejscowości weszła Armia Czerwona. Jest jedną z niewielu żyjących świadków przedwojennych dziejów warmińskiej krainy.

    Każdy miał swoją rolę

    Pani Marianna bardzo dobrze pamięta tamten okres. – Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. Mój tata był sołtysem i czuwał nad wszystkim. Do niego należało m.in. zapisywanie wszystkich danych dotyczących zbiorów. Musiał prowadzić także kronikę, ale ja mu w tym pomagałam, bo miałam ładne pismo – wspomina. Pani Marianna z domu była Markowska. Dopiero po przybyciu po wojnie do Niemiec wyszła za mąż i zmieniła nazwisko. Markowscy byli jedną z dziesięciu rodzin, które zamieszkiwały małą wioskę nad Jeziorem Wulpińskim. Jednak, co dziś może dziwić, razem było to ponad 100 osób. Rodziny były wielodzietne, a trzeba też pamiętać o dziadkach, którzy mieli zawsze swoje miejsce w gospodarstwie. – Każdy miał swoją rolę. Ja najczęściej opiekowałam się młodszym rodzeństwem. Ktoś inny pasł gęsi, jeszcze inny zajmował się bydłem. Dziś są lodówki, kuchenki gazowe i elektryczność, a za czasów mojego dzieciństwa to było nieznane. Ziemianki służyły za lodówkę, piec węglowy za kuchenkę – a lampa naftowa za żarówkę. Kiedy jednak wspominam dawne czasy, mam w sobie dobre emocje, bo żyliśmy blisko siebie i ze sobą – mówi pani Marianna.

    Cała wioska do kościoła

    Faktycznie, jej wspomnienia łączą się nie tylko z ciężką pracą przy gospodarstwie, ale także z ciągłą obecnością w jej życiu rodziny i sąsiadów. – Podczas żniw wszyscy sobie pomagali. Nasz ojciec miał sporo pola i dlatego przychodzili do pracy ludzie, którym wynagradzał płodami ziemi. Pracy było bardzo dużo, ale wieczorami, zwłaszcza zimą, starsi siadali do stołu, żeby pograć w skata. Dziś są telewizory i komputery, które zastępują często drugiego człowieka. Wtedy tego nie było. Myśmy żyli sobą – mówi pani Marianna. Wspomina także religijność ludzi z dawnych lat. – Ludzie byli bardzo pobożni. Choć do kościoła mieliśmy 7 km, to często chodziliśmy na nabożeństwa na piechotę. Na przykład na Drogę Krzyżową. Wyprawa do kościoła była atrakcyjna, trochę rozrywki – uśmiecha się pani Marianna. Wyprawy do kościoła były także przygotowywane i najczęściej, jeśli pogoda pozwalała, szła prawie cała wioska. W Kręsku mówiono gwarą. Ksiądz z Sząbruka po wojnie mówił kazania po polsku, trochę kalecząc język. Niełatwo mu szło, ale wszyscy rozumieli. Na miejscu niedaleko stała kapliczka, będąca pod stałą opieką mieszkańców miejscowości. Tam odbywały się nabożeństwa. – Oj, było nas wtedy przy kapliczce bardzo dużo. Ludzie żyli blisko natury i Boga – wspomina Warmiaczka.

    Przebrana za chłopca

    Pani Schoeder do roku 1945 pracowała na gospodarstwie swojego ojca. Zimą przyszli Rosjanie, a Niemcy uciekli. Pierwsi zwiadowcy dotarli do Kręska pod koniec stycznia. – Pamiętam, jak nadstawialiśmy uszu i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy ze strony Olsztyna. Najpierw zjawili się pojedynczy żołnierze. Nie byli brutalni. Przyszli na zwiad. Dopiero potem się zaczęło. Ja byłam młodą, ładną dziewczyną, więc rodzice przebrali mnie za chłopaka, aby uchronić przed gwałtem. Potem wyjechałam z wioski – wspomina dawna mieszkanka Kręska. Po roku wróciła do domu. Trochę się uspokoiło, ale nadal Warmiacy byli traktowani jak obcy. Usłyszała także o tym, co przeżyła jej rodzina w tym czasie. – Po moim wyjeździe przyjechali żołnierze, aby mnie zabrać. Moi rodzice i brat nie chcieli nic powiedzieć, więc zostali okrutnie pobici. Od tamtego czasu mój brat, który wcześniej był bardzo energicznym i radosnym chłopcem, zamknął się w sobie i przez pewien czas nie chciał nic mówić. Dopiero po wyjeździe do Niemiec trochę odżył – mówi pani Marianna. Po kilku latach postanowiła wyjechać z rodzicami do Niemiec, gdzie znalazła swój nowy dom i założyła rodzinę. W tym roku odwiedziła tereny, na których dorastała i gdzie wspomnienia odżywają. – Wszystko się zmieniło. Właściwie mojej wioski już nie ma. Ale to, co w sercu i duszy zostało, jest bezcenne. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam zobaczyć ślad mojego dzieciństwa i młodości – mówi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół