• facebook
  • rss
  • Scenariusz napisany nutami

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 18/2017

    dodane 04.05.2017 00:00

    O tym, gdzie kompozytor szuka inspiracji i jak ważne jest granie w kościele, mówi Tomasz Marek, kierownik muzyczny zespołu Mocni w Wierze.

    Łukasz Czechyra: Niedawno ukazała się płyta z utworem „Missa Sacratissimi Cordis Jesu”, czyli „Msza św. ku czci Najświętszego Serca Jezusa”. Jesteś współkompozytorem tego utworu. Od czego się zaczęło?

    Tomasz Marek: Zaczęło się od tego, że Sławomir Leszczyński, współkompozytor, przywiózł mi pewnego dnia rękopis partii chóralnych trzyczęściowej formy Mszy. To miała być krótka forma wokalna Missa Brevis. Zająłem się orkiestracją partii chóralnych i solowych, skomponowałem również partie instrumentalne: Kyrie jako forma liturgiczna jest tekstem krótkim, także musiał zostać rozbudowany o formę instrumentalną. W ten sposób powstała Missa Brevis, która potem doczekała się jednego jedynego wykonania w kościele Najświętszego Zbawiciela w Warszawie w listopadzie 2011 r. w ramach Warszawskiego Salonu Muzycznego im. Prymasa Tysiąclecia. To wydarzenie zrodziło pragnienie, by formę Missa Brevis rozszerzyć i zarejestrować. Dlatego dołączyliśmy części Introit i Codę, która została dołączona do Agnus Dei. Jest to o tyle uzasadnione, że Agnus Dei jako końcowa część pozostawiała duży niedosyt emocjonalny i muzyczny. Wyobrażając sobie ludzi wychodzących z Mszy św. i towarzyszącą temu zwykle muzykę organową, zilustrowałem to, wykorzystując fakturę chorałową i charakterystyczne brzmienie orkiestry symfonicznej imitującej organy.

    Utwór wykonywany jest przez orkiestrę Archi dello Spirito oraz chóry Mocni w Wierze z Olsztyna i Warszawski Chór Akademicki Pro Pace. Całość jest poświęcona Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Skąd taka inspiracja?

    Po ukończeniu orkiestracji czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Była bardzo głęboka treść religijna płynąca z samej Mszy, ale ciągle miałem jakiś niedosyt. Zadzwoniłem więc do Tadeusza Adamskiego, prezesa chóru Pro Pace, i poprosiłem go o pomoc. I pewnego dnia, kiedy jechał tramwajem, coś go tknęło, wyszedł na przystanku i trafił do parafii św. Andrzeja Boboli, do o. Włodzimierza Mocydlarza. Powiedział mu, że szuka natchnienia, komu poświęcić wokalno-instrumentalną Mszę. Ojciec Włodzimierz akurat pisał pracę doktorską na temat Najświętszego Serca Pana Jezusa, więc tę tematykę zaproponował. Dodatkowo sięgnął po mszał i otworzył akurat na prefacji, którą odmawia się w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Właśnie tę prefację recytuje Jerzy Zelnik.

    Gdzie szuka się inspiracji do stworzenia tak mistycznego dzieła?

    Szukać można wszędzie. Ja szukam głównie w głębi własnej duszy, w Piśmie Świętym. Tworzenie tak wyjątkowego dzieła to niezwykłe przeżycie, trzeba je przemodlić, bo jeśli podejdzie się do tego jak do zwykłego zlecenia, to nie będzie to autentyczne, głębokie – a wtedy będzie to słyszalne w powstającej muzyce. Jeśli coś ma być prawdziwe, to trzeba się w to zagłębić, poczuć to, przeżyć. Musi się w tym znaleźć pierwiastek duchowy. Tylko wtedy będzie to autentyczne, wtedy też łatwiej jest pisać nuty – podobnie jak o miłości najłatwiej pisze się będąc zakochanym. Cieszy mnie to, kiedy słyszę, że muzyka na „Missa Sacratissimi Cordis Jesu” brzmi wręcz filmowo, że można to sobie wszystko wyobrazić. Taki był mój cel – uzyskać właśnie ten efekt ilustracyjności, budowania obrazów, żeby oddziaływało to na wyobraźnię słuchających. Taki zresztą jest zawsze cel działania naszego zespołu Mocni w Wierze – szeroko pojęta ewangelizacja. Wierzę, że przez tę muzykę każdy będzie mógł zajrzeć w głąb siebie, umocnić czy nawet dostrzec miłość do Boga, której czasem nawet nie jest świadomy.

    Kościół zwraca uwagę, że potrzebne są nowe formy ewangelizacji. Muzyka jest jedną z nich?

    Zdecydowanie. Wielokrotnie powtarzał mi to nieodżałowany ks. Piotr Podolak, który przez długi czas był wyznacznikiem kierunku działania naszego zespołu. Zwracał nam uwagę, że młodzi ludzie wymagają nowych form ewangelizacji. Kiedy zaczynaliśmy grać jako zespół podczas niedzielnych Mszy św. akademickich w parafii św. Franciszka z Asyżu w Kortowie, zwróciliśmy uwagę, że z każdym tygodniem w kościele pojawia się coraz więcej osób. Nie wiadomo, czy muzyka właśnie nie była jedną z przyczyn takiej sytuacji – może ktoś przyjdzie zupełnie przypadkiem na Mszę św., bo kolega mu powie: „Chodź, tam fajnie grają”. Może stanie się to przyczynkiem do tego, ze coś usłyszy, poczuje, coś go zainspiruje. Na pewno nie może być tak, że muzyka będzie jedynym powodem, dla którego ludzie będą przychodzić do kościoła. Trzeba być ostrożnym, by nie przekroczyć pewnej granicy między sacrum a profanum. Zdarza się, że na Mszach ślubnych państwo młodzi proszą o zaśpiewanie „Hallelujah” Leonarda Cohena, którego tekst jest dosyć obrazoburczy, a raz nawet spotkałem się z prośbą o zagranie podczas Mszy ślubnej „Nothing Else Matters” zespołu Metallica. Musimy pamiętać, że są pewne granice i przepisy dotyczące muzyki liturgicznej, których nie można przekraczać.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół