Nowy numer 25/2021 Archiwum

Oddany Bogu i ludziom

– Rozmowy z nim były zawsze budujące, bo kończące się myślą, która pomagała podejmować wyzwania z zaufaniem i wiarą – mówi abp Józef Górzyński o spotkaniach z abp. Wojciechem Ziembą.

Poznałem go w 1982 r., podczas jego konsekracji biskupiej – opowiada abp Edmund Piszcz. – Wówczas byłem jeszcze sufraganem w Pelplinie. Po moim przyjściu do Olsztyna przez cały czas była między nami dobra współpraca. A zadań było bardzo wiele... – dodaje.

Jednym z takich zadań było przygotowanie pielgrzymki św. Jana Pawła na Warmię. – Każdy z nas był zaangażowany w to wydarzenie. Biskup Wojciech był odpowiedzialny za liturgię i wywiązał się z tego bardzo dobrze. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z głównej Mszy św. – jak na tamte czasy ołtarz papieski był przygotowany na najwyższym poziomie – wspomina. Podkreśla, że przed młodym biskupem były jeszcze większe wyzwania. – Jeden z etapów naszej współpracy zakończył się, gdy w 1992 r. przyszła reorganizacja administracyjna Kościoła w Polsce. Wtedy został pierwszym biskupem diecezji w Ełku. Tam tworzył wszystko od podstaw. Przyglądałem się temu, co tam robił, i podziwiałem, ponieważ sam pamiętałem tamte tereny sprzed podziału. Było przed nim wiele wyzwań i każdemu potrafił sprostać – mówi metropolita senior. W 2000 r. bp Ziemba został arcybiskupem metropolitą białostockim. Po sześciu latach wrócił do swojej diecezji na Warmii jako metropolita warmiński.

– Wtedy ja przeszedłem na emeryturę. Nigdy nie było między nami konfliktów czy sporów. Potrafiliśmy zawsze wspólnie działać i to było niesamowicie cenne – zapewnia abp Piszcz. Odwołując się do słów proroka Izajasza, podkreśla wymiar cierpienia w życiu zmarłego arcybiskupa. – Można powtórzyć biblijne zdanie: „Spodobało się Bogu zmiażdżyć go cierpieniem”. Cierpiał bardzo dużo, ale nigdy nie mówił, że coś go boli, nie skarżył się. Znosił to wszystko spokojnie. Były nawet momenty, że musiał klęczeć przy biurku, bo tylko w tej pozycji nie odczuwał bólu. W ostatnich dniach przed jego śmiercią udało mi się odwiedzić go jeszcze w szpitalu. Widać było jego cierpienie, a pomimo to był spokojny i ucieszył się z tej wizyty – wspomina.

– Pamiętamy słowa św. Pawła, że Bóg nie zsyła czegoś, czego nie możemy udźwignąć. On miał świadomość, że to jego cierpienie to też próba wiary, a jeżeli w takiej próbie człowiek potrafi przezwyciężyć siebie, to jest to już pewien heroizm – dodaje.

Człowiek silnego charakteru

– Za kilka miesięcy minie 60 lat od naszego pierwszego spotkania – mówi ks. inf. Jan Górny. Gdy wstępował do warmińskiego seminarium, abp Wojciech Ziemba był wówczas klerykiem drugiego roku. – Byliśmy kolegami. W tym samym czasie zostaliśmy wcieleni do wojska. Później, od 1969 r. byliśmy wikariuszami w konkatedrze św. Jakuba w Olsztynie – wspomina ksiądz infułat. Po roku pracy ks. Ziemba został skierowany na studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Rok później rozpoczął je także ks. Górny.

– Później byliśmy prefektami w „Hosianum” – ksiądz arcybiskup na pl. Bema, ja na ul. Kopernika. Mieliśmy wspólną ideę kształtowania kandydatów do kapłaństwa. Nasze losy znów się złączyły, kiedy został biskupem pomocniczym diecezji warmińskiej, gdy od roku byłem dyrektorem wydziału duszpasterskiego. Po latach, w 2006 r., powrócił do archidiecezji warmińskiej – opowiada ks. Jan Górny. To wówczas odbył się pierwszy synod archidiecezji warmińskiej. – Arcybiskup Wojciech włożył w niego wiele pracy. Nie polegał wyłącznie na zespołach, osobiście brał udział w redagowaniu wszystkich powstałych wówczas tekstów posynodalnych – wspomina. Zainicjował peregrynację obrazu Jezusa Miłosiernego, a później wizerunku Matki Bożej Miłosiernej.

– Wiele wysiłków włożył w kształtowanie formacji kapłanów warmińskich w ramach konferencji rejonowych. Na sercu leżała mu każda wspólnota parafialna. Lubił jeździć po parafiach. Nie miał chyba dnia, oprócz tych związanych z obowiązkami wynikającymi z innych funkcji, żeby nie wyjeżdżał poza Olsztyn. Zaangażował się w proces zbliżania episkopatu polskiego z łotewskim, estońskim i litewskim. To były systematyczne spotkania, również w naszej kurii – wymienia ks. Górny. Nazywa abp. Wojciecha Ziembę człowiekiem silnego charakteru, zdecydowanym, oddanym Bogu i ludziom. – Podjęte inicjatywy doprowadzał do końca i miał wpływ na osoby, które włączał w ich realizację. Był wyjątkowo dobrze przygotowany do współpracy z innymi. W osobistych kontaktach był bardzo ciepły, życzliwy, bez względu na to, z kim się spotykał. Wielokrotnie byłem świadkiem rozmów, które na początku wydawały się trudne, a on poprzez dyskusję i otwartość zmieniał je w przyjazne spotkania pełne dobrych owoców – opowiada ksiądz infułat.

Dbał o misje

– Jesteśmy z tych samych stron, z tej samej parafii. Pochodzenie, rodzina, więzi były zawsze ważne dla abp. Wojciecha. Był bardzo rodzinnym człowiekiem, dbał o swoich, często ich odwiedzał – nie tylko krewnych, ale ogólnie osoby z rodzinnej parafii. Mobilizował nas, byśmy jako krajanie, księża z tych samych stron, trzymali się razem, spotykali się na uroczystościach, odpustach, rocznicach. On sam zawsze o tym pamiętał, zawsze o to dbał – nie tylko wymagał tego od innych, ale sam dawał przykład swoim postępowaniem – opowiada ks. kan. Marian Midura. Wspomina pogrzeb mamy abp. Ziemby.

– Był wówczas przewodniczącym Komisji Episkopatu ds. Misji, przebywał akurat w Ameryce Południowej, w Peru, Ekwadorze, gdzie odwiedzał misjonarzy. Tam dotarła do niego wiadomość o śmierć matki – skrócił swój wyjazd, z krańca świata jak tylko mógł najszybciej wrócił, by w tym momencie być z rodziną. Prosto z lotniska przyjechał do domu. Przeżywał to, a jednocześnie podchodził do tej sytuacji bardzo spokojnie – tłumaczył, że jego mama przeżyła przeznaczone jej lata, zrobiła to, co Bóg jej pozwolił wykonać, a teraz na pewno jest w lepszym miejscu. Okazywał wielkie zaufanie w to, że spotkają się jeszcze, w niebie – mówi ks. Marian. Podkreśla zaangażowanie abp. Ziemby w dzieło misyjne. W latach 1994–2001 był on przewodniczącym Komisji Episkopatu ds. Misji. – Bardzo mu zależało, żeby odwiedzać misjonarzy. To nie było łatwe, samochody były słabe, bez klimatyzacji, a do pokonania tysiące kilometrów, upał, pełnia lata. On jednak powtarzał, że to żaden problem, że misjonarzy trzeba odwiedzać, pomagać im, okazywać wsparcie, dodać im ducha. Mówił: „To są moi księża, muszę ich odwiedzić” – opowiada ks. Marian.

– Pod jego okiem, z jego pomocą w 2000 r. powstała MIVA Polska, stowarzyszenie na rzecz misyjnych środków transportu. To była jego idea, widział, jak to działa w Austrii i dzięki jego zaangażowaniu udało się to zorganizować również w Polsce. Misjonarze otrzymują kolejne samochody, motocykle, łodzie, sprzęt potrzebny do pracy i ewangelizacji. Warto pamiętać o udziale abp. Ziemby w tym dziele – podkreśla ks. Midura. Dodaje, że abp Ziemba był w swoim działaniu bardzo skuteczny. – W 2000 r. pojawiła się idea, by II niedzielę Wielkiego Postu ustanowić niedzielą „ad gentes”, zbierać pieniądze na pomoc misjonarzom. On sam był w Afryce, widział, jak bardzo misjonarze tego wsparcia potrzebują – podjął tę ideę, wniósł ją na obrady Konferencji Episkopatu Polski, tam to zostało przedstawione, przegłosowane i przyjęte. Podobnie rzecz ma się z II niedzielą Adwentu, kiedy organizowany jest Dzień Modlitwy i Pomocy Materialnej Kościołowi na Wschodzie. To wielkie i potrzebne dzieła, które zawdzięczamy m.in. abp. Wojciechowi – mówi ks. Midura.

Otwarty na innych

W ostatnich miesiącach życia abp. Wojciechowi towarzyszył ks. Bartłomiej Koziej, który był jego ostatnim kapelanem. – Do końca swoich dni był pogodny. Cierpliwie znosił chorobę, zgadzał się na nią. Tworzył wokół nas, którzy towarzyszyliśmy mu w ostatnich miesiącach, rodzinną atmosferę. Był mi bardzo bliski, a wpływało na to codzienne życie: wspólna modlitwa, wizyty u lekarza, opieka – wymienia ks. Bartłomiej. Podkreśla, że abp Wojciech do końca dbał o wspólnotę kapłańską.

– Jego drzwi były zawsze otwarte. Po posiłkach w refektarzu, kto chciał, mógł przyjść na kawę. Był otwarty na kapłanów i bardzo gościnny – wspomina ks. Koziej. Zaznacza, że w ostatnich miesiącach często wracał pamięcią do dawnych wydarzeń. – Zbliżają się rocznice papieskich pielgrzymek i chętnie opowiadał o ich przebiegu i zapleczu organizacyjnym – tych z Olsztyna i Ełku. Wspominał również czas organizowania diecezji w Ełku. Opowiadał nam wiele anegdot z tego czasu i zawsze rozpromieniał się przy tych opowieściach – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama