• facebook
  • rss
  • W PRL-u, kiedy wszystko było zakazane

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 35/2014

    dodane 28.08.2014 00:15

    Rekolekcje Ruchu Światło–Życie. Kiedy patrzy się na dzisiejszą rzeczywistość, czas rekolekcji oazowych w latach 80. ubiegłego wieku zdaje się światem z innej bajki. Ochotnica, Kandyty, Mońki czy Frombork. Tysiące młodych w czasie wakacji wyjeżdżało na rekolekcje, by formować się, nawiązywać przyjaźnie, budować wspólnoty.

    Dziś dla wielu czterdziestolatków to czas wspomnień, nostalgii, powrotów do lat młodzieńczych, kiedy wszystko było inne.

    Mam ich w sercu

    Krzysztof bardzo często wspomina rekolekcje oazowe w Ochotnicy. – Pamiętam, jak rano szliśmy do kaplicy na strychu na jutrznię. Skrzypienie drewnianych schodów, atmosferę kaplicy, kiedy wschodzące znad gór słońce wdzierało się przez malutkie okno do środka, tworząc jasne promienie. I zapach żywicy, który sączył się ze świeżych jeszcze krokwi. Tak zaczynał się dzień, kiedy jeszcze trochę śpiący śpiewaliśmy, od pierwszych dni budowaliśmy wspólnotę, która z dnia na dzień rosła w siłę. Codzienne Msze św., spotkania w grupach – wspomina. Dla niego jest to niezapomniany czas spotkania z Bogiem i ludźmi, który na pewno ukształtował jego wiarę. Zwłaszcza namiot spotkania, czyli codzienne rozważania wybranych fragmentów Pisma Świętego. – W samotności siadałem między świerkami porastającymi stok. Wielokrotnie czytałem fragment, patrzyłem przed siebie. Myślałem o tym, co do mnie mówi Bóg. Do dziś lubię z Biblią pójść gdzieś na łąkę, usiąść, czytać – wyznaje. Na pierwsze w życiu rekolekcje pojechał do Ochotnicy Dolnej. Był to 1987 r. Prowadził je ks. Jan Łapin. Jego animatorem był Lucek Świto. Do dziś ma obrazek, który otrzymał od niego z dedykacją: „Bracie najmilszy, pokładaj ufność w Panu, który będzie miał o tobie staranie”. – Nie da się zapomnieć wspólnych wypraw w góry, Gorce, Lubań. Później jeździłem, już jako animator, z ks. Andrzejem Kilanowskim i ks. Jarosławem Michalskim – dodaje. Do dziś modli się za wszystkich, których prowadził ku Bogu na rekolekcjach oazowych. – Nigdy nie przestaniemy być wspólnotą. Choć nie pamiętam ich imion, twarzy, ale mam ich w sercu i powierzam opiece Bożej – dodaje.

    Stawać się lepszym

    – Dwadzieścia, trzydzieści lat temu, kiedy jeździliśmy na oazy, wielu księży angażowało się w ruch, poświęcało swój urlop. Zamiast na odpoczynek, jeździli na rekolekcje, chodzili na pielgrzymki, by być razem z młodzieżą. Kapłani, którzy pełnili rolę moderatorów, byli oddani ruchowi. A oaza była dla nas, młodych, jedną z nielicznych możliwości spędzenia wolnego czasu. Był PRL. Nastawienie młodzieży przyjeżdżającej na rekolekcje też było różne – mówi ks. Lucjan Świto. Wspomina dwie dziewczyny, które na rekolekcje przyjechały z myślą o rozrywce, a nie o budowaniu relacji z Bogiem. Już po kilku dniach chciały wrócić do domu. – Jednak pod koniec piętnastodniowego pobytu ich nastawienie się zmieniło. Czyli nawet jeśli ktoś jechał tylko po to, aby przeżyć przygodę, odjeżdżał przemieniony, dotknięty przez Boga, pochłonięty wspólnotą – mówi ks. Lucjan. Na pierwszy wyjazd na rekolekcje oazowe wyjeżdżał z niechęcią. – Kiedy proboszcz wysyłał mnie na oazę, wydawało mi się, że muszę pojechać gdzieś do Afryki – śmieje się. Tak trafił do Gietrzwałdu, na rekolekcje dzieci Bożych prowadzone przez ks. Andrzeja Plutę. Był rok 1982. – Codzienna Eucharystia, modlitwa, pogodne wieczory. Ten wyjazd okazał się dla mnie bardzo ważny. Pamiętam, że po powrocie zacząłem codziennie odmawiać Różaniec, postanowiłem się zmienić. Miałem siłę, aby w ciągu roku starać się być lepszym – mówi. Dla niego jedną z największych wartości ruchu oazowego było odkrycie przez młodych znaczenia Mszy św. – Poprzez czynne zaangażowanie, tłumaczenie elementów Eucharystii, stała się dla nas czymś bardzo bliskim. W ciągu roku odczuwaliśmy pragnienie częstej Eucharystii. To jest ważny owoc. Odkrywaliśmy również głębię modlitwy psalmami – dodaje.

    Panocku, trzeba go upiec

    Ruch Światło–Życie, czyli oaza, była czymś nowoczesnym, jak na tamte czasy. Śpiewy przy gitarach, czuwania. W ciągu roku szkolnego odbywały się regularne, cotygodniowe spotkania formacyjne w parafiach. Podczas wakacji wielu młodych wyjeżdżało na rekolekcje, na których panowały spartańskie warunki. W dużych salach rozłożone były materace, żadnych szaf, półek. Nie było łazienek. – Myliśmy się w ogrodzie przy szlauchu – śmieje się ks. Lucjan. – W Ochotnicy myliśmy się w górskim strumieniu. Górale zrobili w pobliżu niewielkie spiętrzenie. Woda zimna, aż dech zapierało. Ale tylko na początku. Później nikt nie miał problemów, aby wykąpać się czy umyć głowę – wspomina Krzysztof. Trzeba było codziennie przemierzać wiele kilometrów, by pójść do sklepu i w plecakach ze stelażem przynosić chleb. Szczęściem było, kiedy przejeżdżał góral i kawałek drogi można było przejechać na wozie. Chyba każdy, kto choć raz był w latach 80. XX w. na rekolekcjach oazowych pamięta wielkie puszki marmolady czy smalcu. Na koniec rekolekcji, na agapie, dostawało się batony marsy lub snickersy, pakowany amerykański ser czy margarynę z Niemiec. – Pamiętam powrót z rekolekcji w Mońkach, które prowadził ks. Stanisław Pietkiewicz. Jechaliśmy pociągiem. Cały wagon młodzieży oazowej. Śpiewaliśmy pieśni. Nosiliśmy na piersiach krzyże i foski. Było to nasze świadectwo wiary. W PRL-u, kiedy wszystko było zakazane, jedzie grupa rozśpiewanej młodzieży, manifestującej swoją wiarę. Świadectwo entuzjazmu chrześcijańskiego – wspomina ks. Świto. – Drugi stopień rekolekcji. Nocne wyjście, Pascha, przejście. To robiło wspaniałe wrażenie. Później idziemy do kościoła w Ochotnicy, a tam górale na klęczkach idą do Komunii. Powtórzę, idą na klęczkach do Komunii świętej. I na głosy cudownie śpiewają. Pamiętam, kiedy na Paschę piekliśmy baranka. Górale mówili: „Najpierw, panocku, trzeba go upiec w piecu”. Ks. Jodko uparł się, że nie. I baran był łykowaty – śmieje się ks. Andrzej Kilanowski.

    To bajka

    Cóż się stało z młodzieżowym Ruchem Światło–Życie? W latach 80. XX w. w wielu parafiach istniały liczne wspólnoty. Młodzież z Warmii i Mazur wyjeżdżała nie tylko do miejscowości w diecezji, ale też i opanowała całą Ochotnicę. Kiedy pod koniec wakacji w Głotowie odbywał się dzień wspólnoty, tysiące młodych przyjeżdżało, by wspólnie modlić się, wspominać rekolekcje, jeszcze raz porozmawiać z animatorem i moderatorem. Wielogodzinna podróż pociągiem lub autobusem, później marsz na piechotę z Dobrego Miasta do Głotowa. – Na pewno dziś Kościół daje dużą różnorodność pobudzania wiary. Wówczas jedyną formą była oaza. Później pojawiły się inne wspólnoty. Kościół jest dynamiczny, zmieniający się – mówi ks. Lucjan Świto. – Patrząc na dzisiejszą rzeczywistość, tamte rekolekcje to jakby bajka. Moja pierwsza oaza? Byłem we Fromborku, kiedy jeszcze salezjanie przyjmowali nas w starych barakach. Później diecezja warmińska zdominowała całą Ochotnicę. To, co zrobił ks. Blachnicki, jak pociągnął za sobą młodzież, to coś wspaniałego. Innego niż tradycyjne duszpasterstwo. Zupełnie nowa jakość. Msza św. na świeżym powietrzu, gitara, element przeżyciowy, emocjonalny. To robiło wrażenie. I grupa wspaniałych księży, którzy poszli za tym – mówi ks. Andrzej Kilanowski. Ludzie, którzy w młodości przeżyli formację w Ruchu Światło–Życie, zastanawiają się, co się z tym stało? Przecież był to mocny fundament na przyszłe, dorosłe życie. Dziś przy parafiach nie ma młodzieżowych i dziecięcych wspólnot oazowych. –Jest czas, kiedy pewne rzeczy się buduje, inne rozwija. Jeszcze inne się zmieniają lub zanikają. Był ferment i najzwyczajniej w świecie szkoda, że sie skończył. Śmiem twierdzić, że na górze Ktoś czuwa i daje nowe rozwiązania. Dziś mamy Lednicę, Światowe Dni Młodzieży. Kościół jest piękny, bo w nim mieści się wiele rodzajów formacji duchowej – dodaje ks. Kilanowski. – Wspomnienia… to był cudowny czas, niezwykła praca duszpasterska. Co się z tym stało? W Kościele pojawiły się nowe wspólnoty. Oaza zanikła. Formacja stworzona przez ks. Blachnickiego była i jest idealna do kształtowania młodego człowieka, ale dziś młodzież ma inną mentalność. Poza tym religia weszła do szkół, ale wyszła z parafii. To zmniejsza kontakt młodych z parafią. Były inne relacje z księdzem. Nie był on nauczycielem, ale kapłanem – mówi ks. Roman Wiśniowiecki.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół