• facebook
  • rss
  • Każda twarz to Chrystus

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 28/2016

    dodane 07.07.2016 00:00

    Słyszę w słuchawce telefonu jednym uchem: „Będzie dwójka dzieci. Przywieziemy”. A w drugim uchu słyszę: „Zaopiekuj się mną. To wiozą mnie. Mam na imię Jezus”...

    W kuchni wisi duży krzyż. Na ścianie za nim widać wyraźną rysę, pęknięcie, które przebiega, przecinając poziomą belkę. Tak samo jest z życiem dzieci, które znalazły się w tym domu, których „pęknięty” los stara się posklejać Jezus Chrystus. Dziś nie widać po nich przeżyć minionych dni, nieprzespanych nocy, strachu i braku poczucia bezpieczeństwa. Z ich twarzy nie znika uśmiech. Przy stole w kuchni siedzi kilka dziewcząt. Żywo rozmawiają, śmieją się, żartują.

    Agnieszka, trzymając na rękach córkę Maję, stawia na blat talerz z ciastem. Każdy sięga po kawałek i na chwilę nastaje cisza. Jeszcze kompot i herbata, co kto woli. – Napisałyśmy o naszym domu piosenkę – zagaduje Michasia. I zaczynają nucić: „Mieszkamy w Katolickim, jesteśmy sobie bliscy, jemy z jednej miski sos z pudliszki, bo nie ma drugiej miski...”. Jak rodzina – śmieje się Agnieszka. – My tu tworzymy grupę takich ziomali – dodaje Weronika.

    Żeby żyć inaczej

    Nagle rozbrzmiewa dzwonek. Siostra Vianneja otwiera drzwi. W progu pojawia się Magda, energiczna dziewczyna, uśmiechnięta, i od razy zagaduje, że wraca z egzaminu, trudno nie było, powinna zdać. – To nasza wychowanka, już samodzielna. Przyszła po swoją siostrę, żeby ją wziąć na popołudnie – wyjaśnia siostra zakonna. Magda odbiera telefon i tłumaczy, że: „Jakoś mi poszło, trochę się pomyliłam, ale dobrze było. Było o zmianie poszwy, podkład płócienny, gumowy. Ale na pewno zdam, cieszę się... Później porozmawiamy. Jestem w domu i Agnieszkę zabieram”. – Jak tu trafiłam? Sprawy rodzinne się nieco skomplikowały. Rodzice zaczęli pić, zaniedbywać nas. Przez to miałam problemy w szkole. I sąd zdecydował, że kieruje mnie do „Katolickiego”. Zadomowiłam się tu i żyłam, dzień po dniu. Kiedy tu trafiłam, miałam 15 lat. Także duża byłam. Rozumiałam to, co się stało. Jeździłam do rodziców, odwiedzałam ich. Bo tu dba się o to, żeby dzieci miały kontakt ze swoimi rodzicami. Dziś wiem, że to dobrze. Dziś jestem samodzielna, od pięciu lat sama się utrzymuję. Pracuję, uczę się. Są ludzie, co się łamią, a ja się nie łamię. Chodziłam na zajęcia sportowe, dużo sportu uprawiałam. Mam dużo dyplomów i wyróżnień. Unihokej, piłka ręczna. Biegałam w Maratonie Lednickim, na lednicką rybę biegłam – wylicza. Magda skończyła szkołę zawodową, później liceum. Dalej się uczy, kończy kurs na opiekunkę środowiskową. – Przyszłam po Agnieszkę. Jest młodsza ode mnie. Pamiętam, odbierałam poród, kiedy mama ją rodziła. W domu się urodziła. Mała byłam wtedy – uśmiecha się. Agnieszka po urodzeniu trafiła do rodziny opiekuńczo-wychowawczej. – Zaadoptowali ją na stałe. Ale nie wyszło, zaczęli pić. Była jeszcze gorsza patologia niż u nas. Trzy lata temu trafiła do „Katolickiego”. Teraz jest dobrze – mówi Magda. Cieszy się, bo teraz ich rodzice nie piją, jak mówi, „opamiętali się”. – Co dla mnie jest dziś najważniejsze? Żeby żyć inaczej, żeby stworzyć sobie inne życie niż moi rodzice. Ludzie mawiają: „Jaka matka, taka córka”. Ale zdziwili się. U mnie tak nie jest – podkreśla. Wstaje. Wraz z Agnieszką idą na miasto.

    Miała osiem lat

    Na stole w kuchni pojawia się obiad. Spaghetti i zupa, oczywiście, jak zawsze pyszna. – To było tak, że byłyśmy u rodziny zastępczej i źle się tam działo. Dlatego tu przyszłyśmy. Trzy lata byłyśmy u nich, tu jesteśmy też trzy lata. A tu jest fajnie – mówi Weronika. Z każdą minutą rozkręca się, wyraźnie lubi mówić, bo kiedy tak opowiada, jej niebieskie oczy zaczynają błyszczeć. – Co robimy? Siedzimy w pokoju i coś robimy, wychodzimy nad zatokę, bawimy się razem, albo oglądamy mecze, a jak nasi strzelą bramkę, to krzyczymy z radości. Taką strefę kibica sobie robimy – uśmiecha się. Wraz z nią mieszka tu jej siostra Marta. – Tuż za oknem mamy plac zabaw. Gramy w kosza, w berka. Mamy różne pomysły. Kiedy jest pani Agnieszka, to idziemy do pracowni i robimy jakieś ładne rzeczy. Niektórzy później dają je swoim wychowawcom. Ale tylko wtedy, kiedy coś ładnego wyjdzie. Dyżury są w miarę, zależy jaki. Najgorsze jest zmywanie, kiedy trzeba szorować blachy. A najlepsze są posiłki. Każdy ma swój obowiązek. Po prostu uczymy się kultury – wylicza Weronika. Na chwilę milknie. Spogląda za okno, gdzie widać ogromną wieżę braniewskiej bazyliki św. Katarzyny. Ich dom sąsiaduje z kościołem. Na Mszę św. jest blisko. – Zaadoptowaliśmy Charlotte z Togo. Co miesiąc z kieszonkowego odkładamy jakąś sumę, którą przekazujemy na jej utrzymanie. Pisze do nas listy. Fajna jest – mówi. Weronika bierze kolejny kawałek ciasta. Zapewne mimochodem jej wzrok prześlizguje się po krzyżu wiszącym na pękniętej ścianie. – Kiedy tu trafiłam, miałam osiem lat, Marta siedem. I tak teraz do czternastki doszło – dodaje.

    „Jaki wielki dom”

    Rodzinny dom, trzeba odejść. Rodzina zastępcza, nadzieja, że teraz będzie dobrze... Trzeba odejść. W końcu „Katolik”. Nowe miejsce. Znów nowe, nieznane, już mniejsze nadzieje. Co tu odnalazły? Co czują ich serca? Skrywają je przed obcymi. – Modlimy się tu, robimy wiele rzeczy wspólnie, coraz więcej czasu poświęcamy pracy... A w sercach? Można tak powiedzieć, że poczucie bezpieczeństwa – mówi Weronika. I znów milknie. Zza okna do kuchni wpadają dźwięki dzwonów. Dwunasta. Anioł Pański. – Kiedy tu przyszłam, zdziwiłam się, że są podwieczorki – wtrąca i zaczyna się śmiać, a wraz z nią inne dziewczyny. – I pamiętam pierwszy dzień. Wchodzę. „Jaki wielkim dom” – myślę. I to było najfajniejsze, że kiedy przyszłyśmy i byliśmy w pokoju, to wszystkie dzieci przyszły i zaczęły się z nami witać. Miło tak – dodaje. – Mnie przyprowadził dziadek. Ktoś pokazał mi, że mam spać na piętrowym łóżku. Ale na dole. Miałem sześć lat – wtrąca Jasiek. Do Katolickiego Ośrodka Wsparcia dla Dzieci i Młodzieży w Braniewie, prowadzonego przez siostry katarzynki, trafiają różne dzieci. Łączy je jedno – straciły swoje rodziny, poczucie bezpieczeństwa. Część z nich przeżyła bicie, wykorzystywanie przez dorosłych, zawód kolejną rodziną, która je zaadoptowała. Rozstania z rodzeństwem, bo ktoś trafił do adopcji, inny do domu dziecka albo rodziny zastępczej. – Wcześniej w tym domu prowadziłyśmy świet- licę, przedszkole, później punkt interwencji kryzysowej. Ale znaki czasu uświadomiły nam, że potrzebna jest inna forma, dom, gdzie dzieci doświadczą stabilizacji – mówi katarzynka s. Vianneja, dyrektor ośrodka. – Dużo dzieci trafiało do nas na interwencję. Przeżywały też traumę, bo były u nas trzy tygodnie i musiały przenosić się w inne miejsce. Siostra wspomina Maćka, który na początku 2006 r. trafił do punktu interwencji. – Czekaliśmy na postanowienie sądu. I po trzech tygodniach przyszło: że zostaje skierowany do domu dziecka do Fromborka. I on strasznie płakał. Miał wtedy sześć lat. A wcześniej w przedszkolu powiedział, że znalazł swój dom. I ten dom powstał przez Maćka. Ta sytuacja dała mi dużo do myślenia. Trzy tygodnie wcześniej zabrano go z rodzinnego domu. Teraz od nas. To było w kwietniu, a we wrześniu zaczęliśmy przyjmować dzieci na stałe. Maćka zabieraliśmy na weekendy. Później trafił do rodziny zastępczej. Po 9 latach wrócił do nas, do domu – opowiada s. Vianneja.

    Słyszę Jezusa

    Ważnym elementem działalności ośrodka jest przywracanie dzieci rodzinom. – Rozpoznajemy, dlaczego dzieci do nas trafiły, co takiego dzieje się w ich rodzinach, że zostały im odebrane. Jedziemy w środowisko, rozmawiamy z rodzicami, współpracujemy z innymi instytucjami działającymi na rzecz rodziny. Stawiamy diagnozę, opracowujemy plan pomocy i działamy – mówi Elżbieta Stasiewicz. – Okazuje się, że najczęstszą przyczyną rozpadu rodziny jest alkohol i wszystkie problemy, które się z tym wiążą. Katolicki Ośrodek Wsparcia dla Dzieci i Młodzieży w Braniewie otrzymał nawet nagrodę za największą liczbę powrotów wychowanków do swoich rodziców. – Nie jest to łatwe. Bo dzieci się na początku wstydzą, mają żal, są zranione. Ale one mimo wszystko tęsknią za rodzicami, za mamą i tatą, za ich miłością. Bo czego im tu brakuje? Mamy i taty. A my chcemy im ich przywrócić – podkreśla. – Modlimy się o 20.30, wspólnie. Jedna z dziewczynek podkreślała: „Dziękuję, Boże, że tata do mnie zadzwonił”. O czym to świadczy? O tęsknocie. A tata... pijący – mówi katarzynka. – Czyli generalnie pracujemy nad powrotem dzieci do rodziców – dodaje pani Elżbieta. W domu są jeszcze dwa wolne miejsca. W każdej chwili s. Vianneja może otrzymać telefon, że są kolejne dzieci, że zostaną za chwilę przywiezione. – I słyszę w słuchawce telefonu, jednym uchem: „Będzie dwójka dzieci. Przywieziemy”. A w drugim uchu słyszę: „Zaopiekuj się mną. To wiozą mnie. Mam na imię Jezus”. Mały Jezus, większy, średni. I opiekujemy się, stwarzamy poczucie bezpieczeństwa. Dom dziecka... Dom Jezusa. Nasi wychowankowie, którzy są już dorośli, odwiedzają nas. To znaczy, że mieli tu dobrze. W nazwie nie mamy „dom dziecka”, a „dom wsparcia” – mówi katarzynka. – A jestem najszczęśliwsza, kiedy dzieci wracają do rodziców. – Musimy nauczyć się każdego dziecka. Powinniśmy cały czas chodzić z mentalną karteczką: „Ja się tu uczę”. Bo z biegiem lat coraz mniej wiem. Uczę się siebie i odnajdywania w każdej osobie Jezusa. Bo nieustannie brzmi: „Zaopiekuj się mną”. Bo każda twarz dziecka to jest Chrystus – dodaje s. Vianneja.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół