• facebook
  • rss
  • Krzyż dziadka i taty

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 35/2017

    dodane 31.08.2017 00:00

    Latem setki dawnych mieszkańców Warmii i Mazur przyjeżdżają na wypoczynek do Olsztyna. Są to wakacje wypełnione wspomnieniami i nostalgią za dawnymi czasami – czasami dzieciństwa.

    Kiedy dawni mieszkańcy Warmii przyjeżdżają na wypoczynek tam, gdzie spędzili dzieciństwo i młodość, widzą, że wszystko się tu zmieniło. Powstały nowe osiedla, wybudowano wiele dróg i tylko przyroda przypomina o dawnych czasach. Chcą spędzić tu urlop nie tylko po to, by nabrać sił, ale też by powspominać i odwiedzić stare kąty.

    Wśród gości z Niemiec jest Bruno Seidel, mieszkający od lat w Hamburgu, który systematycznie przyjeżdża do Olsztyna, aby odwiedzić znajomych i bliskie sercu miejsca.

    Różaniec za ojca

    Pan Bruno urodził się i dorastał w domu, który należał do parafii Bartąg. – Ten dom stoi do dziś, mieszkają w nim dwie rodziny – zapewnia. – Przyszedłem na świat 6 października 1941 r. dzięki pomocy akuszerki Czarneckiej. Seidlów było na tym terenie więcej. Był nawet ksiądz warmiński o takim nazwisku, a proboszcz Hanowski z Olsztyna był naszym krewnym – wspomina.

    Ojciec Albert prowadził gospodarstwo i dlatego Bruno po podstawówce skończył kurs rolniczy, żeby zyskać uprawnienia potrzebne do takiej pracy. Przez kilka miesięcy, codziennie od 17.00 do 22.00, musiał uczestniczyć w zajęciach. – Wychowałem się wśród Warmiaków, którzy po wojnie stanowili zdecydowaną większość tutejszej ludności. Przeżyliśmy bolesny moment „wyzwolenia”. Moja mama znała języki niemiecki, polski i rosyjski. Tego ostatniego nauczyła się zmuszona sytuacją, jaka powstała po I wojnie światowej. Kiedy Rosjanie zostali pokonani, jeńców skierowano do pracy w lesie. Byli oczywiście pilnowani przez „wachmanna”, ale mieszkali u ludzi. Moja babcia, która mieszkała w Biesówku, miała także takich jeńców na kwaterze – opowiada B. Seidel.

    Mama pana Brunona robiła rosyjskim żołnierzom zakupy, a oni uczyli ją za to języka. Miała zdolność szybkiego zapamiętywania i nauczyła się go w wystarczającym stopniu. Ta umiejętność przydała się po latach, gdy Armia Czerwona wyzwalała Prusy Wschodnie, w tym również okolice Olsztyna. – Kiedy weszli do naszego domu, mama powiedziała kilka słów po rosyjsku. Żołnierz zdębiał i uśmiechnął się. Przyszli, żeby rabować. Mama postraszyła KGB i poszli. Pamiętam, jak 21 stycznia 1945 r. było widać na drogach tłum ludzi uciekający przez Rosjanami – wspomina B. Seidel.

    Ojciec Albert został wywieziony na Syberię razem z trzystoma mężczyznami z okolicy. Po kilku latach wrócił do domu jako jeden z trzech ocalałych. Przez całą nieobecność ojca cała rodzina odmawiała codziennie Różaniec.

    Sztafeta pokoleń

    Powojenne czasy nie były dla Warmiaków bezpieczne. Albert na początku musiał się ukrywać. Pojechał do rodziny, gdzie nie był w środowisku tak znany jak na Warmii. – Przyszła policja, żeby zabrać tatę do Olsztyna. Ale mama skłamała, że nie wie, gdzie on jest. Powiedziała mi: „Diabłu nie można prawdy powiedzieć. Trzeba go okłamać”. Ojciec wrócił dopiero po pewnym czasie, gdy się uspokoiło – mówi pan Bruno.

    Mijały lata i powoli okolica zapełniała się nowymi mieszkańcami, przybyszami z różnych części Polski. Choć jeszcze do lat 60. można było usłyszeć w sklepach na wsi język niemiecki. Jak to się stało, że Bruno Seidel wyemigrował do Niemiec? – Moja siostra wyszła za mąż i została w Polsce. Ja wyjechałem najpierw do Hanoweru z mamą, tata już nie żył. Nie było problemu z pozwoleniem na wyjazd, ale wszystko musieliśmy zostawić, a mieliśmy ładną gospodarkę. Dziś już nic po niej nie zostało – opowiada. Wejście w nowe środowisko też wymagało trudu i cierpliwości. Warmiacy ze swoim specyficznym akcentem byli rozpoznawani i dlatego często tworzyli grupy, które się wspomagały.

    Bruno Seidel jest już na emeryturze i chętnie kilka razy w roku przyjeżdża do Polski, na Warmię. Bardzo się cieszy, że podolsztyńskie miejscowości intensywnie się dziś rozwijają. Kiedy przyjeżdża, żeby zobaczyć swój rodzinny dom, zatrzymuje się przy krzyżu, który został postawiony przez jego ojca. Najpierw stał w tym samym miejscu krzyż dziadka – jako podziękowanie Bogu za ocalenie życia podczas I wojny światowej. Po pewnym czasie, gdy krucyfiks zbutwiał i uległ zniszczeniu, rodzinna Seidlów postawiła metalowy, który został poświęcony przez kapłana.

    Dziś na dawnych gruntach Seidlów powstało piękne osiedle. Jak dotąd wybudowano około 50 domów, a już rozpoczęły się budowy następnych. Nowi mieszkańcy zaopiekowali się krzyżem i dbają o jego otoczenie. Tak trwa międzynarodowa i międzypokoleniowa sztafeta podtrzymywania tradycji. Sam pan Bruno zaś ufundował mosiężnego Chrystusa i piękną lampę na jeden z krzyży znajdujących się na obrzeżach Olsztyna. Przysłał nawet opiekunom krzyża karton olejowych świec, aby zawsze świeciło się przy nim światełko.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół